Z pamiętnika bieszczadzkiego osadnika – opowieść Lesława Grabowskiego

Lesław Grabowski opala się w wiosennym słońcu na Bieszczadzkim Mokliku. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Lesław Grabowski opala się w wiosennym słońcu na Bieszczadzkim Mokliku. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Mieszkał w Bieszczadach przez blisko 20 lat. Osiedlił się tam z rodziną niedługo po tym, jak ZSRR zmienił granice i część dawnych radzieckich terenów została dołączona do Polski. Jego opowieść to piękna historia powojennego bieszczadzkiego osadnictwa, kiedy na tych terenach nie było prądu, bieżącej wody, a produkty spożywcze załatwiało się często… polując w bieszczadzkich lasach. Przedstawiamy Wam wspomnienia bieszczadzkiego osadnika, Lesława Grabowskiego.

Lesław Grabowski: W Bieszczadach jest coś wyjątkowego. Magia tych gór sprawia, że człowieka ciągnie tam, skoro już raz ich zasmakował…

Ja na konarze drzewa, gdzieś tam w Bieszczadach. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja na konarze drzewa, gdzieś tam w Bieszczadach. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja w wózku, obok mój dziadek ze strony mamy, dyrektor gimnazjum, zamordowany w Rawiczu przez komunistów w czasach stalinowskich. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja w wózku, obok mój dziadek ze strony mamy, dyrektor gimnazjum, zamordowany w Rawiczu przez komunistów w czasach stalinowskich. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Mieszkałem w Bieszczadach od 1952 do 1970 roku. Przyjechałem jako dziecko wraz z matką i ojczymem ze Śląska, gdzie sie urodziłem. Było to krótko po zmianie granic. Stalin poprzesuwał granice w 1951 i takie miejscowości jak Ustrzyki Dolne, Czarna i wiele innych znalazło sie w Polsce, zaś na Lubelszczyźnie wydzielono wiele miejscowości i oddano je do byłego ZSSR. Była to tzw. akcja H – T, dużo o tym można opowiedzieć.

Dzikie Bieszczady, w które nie chciało się zapuszczać MO

Moi rodzice zdecydowali się na wyjazd w Bieszczady bez większego rozeznania. Okazało sie, że wtedy nie było tam NIC! Nie było elektryczności, dróg, sklepów, nie było żadnej infrastruktury, były za to tylko spalone wsie i srogie zimy plus stada wilków podchodzących zimą watahami pod domostwa w poszukiwaniu żarcia. Wycie wilków utkwiło mi w uszach do dziś po tamtym okresie, pozostał respekt do nich jak i do całych tamtych czasów.

Dużo ludzi było jeszcze wówczas mniej lub więcej legalnie uzbrojonych. Noszenie broni było tam wtedy normalne i tolerowane. Szczególnie w pierwszej połowie lat 50-tych. Zresztą, kto miał to kontrolować? MO była jeszcze tam w trakcie rozbudowy i w dalsze rejony Bieszczad się nie zapuszczali.

My na początku mieszkaliśmy w miejscowości Daszówka, w kurnej chacie poukraińskiej, a ja chodziłem do szkoły zbiorczej 4 km na piechotę przez pola do miejscowości Teleśnica, obie te miejscowości są częściowo zalane teraz przez Zalew Soliński.

Życie przy lampie naftowej, ale bez nafty…

Ojczym pracował przy organizacji PGR – ów, po jakimś czasie przenieśliśmy się do miejscowości Czarna, gdzie też tworzono PGR – y. Dla mnie wiele sie nie zmieniło, tyle tylko, że miałem trochę bliżej do szkoły i nie przez pola tylko przez wieś, częściowo już zaludnioną. Ale światła, sklepu, komunikacji, wody, jak nie było tak nie było. Wodę trzeba było nosić z rzeki i to było – między innymi – moje zadanie. Oświetlenie było tylko z lampy naftowej, tyle że nie było nafty, była po prostu nieosiągalna. Lało się, więc ropę z Ursusa (już wtedy były), ale ropa źle sie paliła w lampie naftowej, szkło albo pękało albo było zakopcone, a świec też nie było, więc dzieci wieczorem szły spać a dorośli produkowali nowe dzieci …

Dopiero na początku lat 60 – tych w Czarnej PGR, gdzie mieszkałem, założono elektryczność. Potem z czasem zaczęła sie telewizja, najpierw odbieraliśmy telewizje Lwów (2 godz. dziennie), potem powstała stacja przekaźnikowa telewizji Krosno – na szczycie Żukowa i jakieś namiastki cywilizacji zaczęły wtenczas raczkować. Potem był telefon na korbkę i parę telefonów na jednym numerze plus panie z centrali. Było coraz to weselej, wszyscy wszystko słyszeli, co kto mówi przez telefon, a czasami pani z centrali musiała pośredniczyć (powtarzać treść rozmowy), bo była słaba słyszalność.

Moje wspomnienia Bieszczadzkie są rozmaite; dobre i złe, smutne i wesołe, jak to w życiu bywa. Ale zacznę od początku…

Lata 50-te

Był rok 1953, jak dobrze pamiętam. Ja – 5cio letni Leszek po kilkunastu godzinach jazdy – wyciągnąłem głowę spod plandeki ruskiej ciężarówki GAZ 51 (taki poprzednik Lublina) i pierwsze, co zobaczyłem to duży napis: Ustrzyki Dolne! Pomyślałem wtedy – dziwna nazwa; skojarzyłem to sobie ze strzykaniem, ale dlaczego dolne? Że niby strzyka u dołu? Dziwne jakieś to dla mnie było. I już nie miałem dobrych przeczuć wtedy.

Przyjechaliśmy ze Śląska, konkretnie z Pławniowic, gdzie mieszkaliśmy, moja mama Irena była tam księgową w PGR, miała swoje biuro w pięknym pałacu Ballströmow – pozostałości po niemieckich magnatach. Ojczym zaś, Zygmunt Szewczuk, był też pracownikiem wspomnianego PGR, na stanowisku agronoma, jak to sie kiedyś nazywało.

Mieszkanie też, jak na tamte czasy, mieliśmy niczego sobie, piętrowy domek nad samym Kanałem Gliwickim, należący prawdopodobnie też do PGR.

A tutaj nagle jakieś Ustrzyki i to w dodatku Dolne! Nie znam dokładnie powodów, które skłoniły rodziców do opuszczenia Śląska i przeniesienia się w Bieszczady. Było to krótko po tzw. akcji H – T, kiedy to Stalin poprzesuwał granice, część Lubelszczyzny przyznano byłemu ZSRR (dziś Ukraina), a w zamian zaś Bieszczady, ich część właściwie przydzielono Polsce z takimi m. in. miejscowościami jak Ustrzyki Dolne, Czarna i wiele innych.

Być może władze obiecywały tzw. złote góry, a może wyzwanie korciło niektórych, może niektórzy szukali schronienia przed wymiarem sprawiedliwości? Tak czy inaczej wylądowaliśmy razem z całym naszym dobytkiem załadowanym na ciężarówkę na placyku przed dworcem kolejowym i stąd te „strzykanie dolne”. Musze dodać do tego, że całą tę drogę, tych kilkanaście godzin, spędziłem na skrzyni ładunkowej wspomnianego GAZ-a, wciśnięty pomiędzy jakieś klamoty stanowiące wtedy nasz cały dobytek. Po paru bardzo dłużących się godzinach oczekiwania na placyku przed dworcem przyjechała w końcu furmanka, na którą to przerzucono wszystko, co było na GAZ-ie i pan furman pojechał dalej. No i wtedy sie dopiero zaczęło!

Przez leśne bezdroża…

Najpierw jechaliśmy w kierunku Ustianowej, potem w lewo przez górskie pasmo, chyba pasmo Żukowa, przez leśne bezdroża, wertepy, potoki, aż o zmierzchu dotarliśmy do Daszówki.

Daszówka, a właściwie jej marne pozostałości w postaci paru kurnych chat doszczętnie zrujnowanych, to wtedy był horror! Jedna z takich chat właśnie przypadła nam w udziale, inne stały porozrzucane po okolicznych pagórkach. Były to pobojkowskie chaty stojące pusto od paru lat i przez nikogo niedoglądane.

Chaty stały sie jakimś cudem własnością PGR i ojczym miał tam ten PGR organizować, czyli po prostu od nowa zakładać.

Ze Śląska przyjechaliśmy sami; ojczym, mama, babcia (mama mamy) i ja. Parę sąsiednich chat, bo inaczej nie można ich nazwać, zamieszkiwali inni pracownicy PGR, tacy jak traktorzyści, jacyś pracownicy rolni. Pamiętam, że ludzie ci sprowadzili się w tym samym czasie, co i my, byli skądś z Polski, rozpoczynali nowe życie jak i my.

Przyjechaliśmy tutaj w ciemno, nikt nigdy poprzednio tutaj nie był, więc zaskoczenie było olbrzymie, wprost trudne do opisania.

Chata z klepiskiem zamiast podłogi

Chata, która przypadła nam w udziale, była i tak jeszcze dość przyzwoita w porównaniu z innymi, ojczym był przecież „Panem Dyrektorem”, jak go tam od początku zaczęto mianować, chociaż miał wykształcenie tylko niepełne podstawowe i jego znajomość rolnictwa ograniczała się do odróżniania trawy od owsa, ale czerwona legitymacja otwierała wtedy drogę wielu karierowiczom, wystarczyło mieć trochę tupetu i dobre gadanie oraz znajomości pomiędzy takimi samymi posiadaczami czerwonych legitymacji.

Ale powracając do naszej chaty – zamiast podłogi było klepisko, zamiast sufitu strzecha nad głową, okna powybijane, drzwi powyrywane, jakieś palenisko w rogu, nie mówiąc o takich luksusach jak choćby woda.

Na szczęście był strumyk jakieś 150 m dalej, „wygódka” wywalona w pokrzywach i resztki jakiejś piwnicy dopełniały obrazu zgrozy!

Mama, jak zobaczyła to wszystko, dostała napadu histerii, babcia zaś, o mało co nie umarła.

Babcia, która była bardzo kulturalną osobą, przedwojenną profesorką gimnazjum, znającą parę języków obcych, następnego dnia rano ubrała się w co tylko mogła i chciała natychmiast stamtąd uciekać. Nie zrobiła tego tylko dlatego, że bała sie wilków, których wycie słychać było ze wszystkich stron, a echo potęgowało to wrażenie.

Zresztą klamka zapadła. I tak nie było dokąd jechać, wiec postanowili rodzice na razie zobaczyć co będzie dalej. I z tego „na razie” zrobiły sie jakieś dwa lata.

Powolna normalizacja

Pomału wszystko zaczęło sie jakoś normować, „wygódka” z pokrzyw stanęła na swoim miejscu, klepisko pokryto prowizorycznie dechami zdjętymi z jakiejś innej chaty, wodę ja nosiłem z potoku, tylko drewna na opał nie brakowało z pobliskich rozwalonych chałup, które były państwowe, a więc „niczyje”.

Z artykułami spożywczymi było bardzo ciężko, szczególnie w początkowym okresie. Najbliższy sklep spożywczy był w Teleśnicy, niewiele w nim było, przeważnie konserwy, pieczywo dowożone było z Ustrzyk Dolnych bardzo nieregularnie.

Ojczym polował, więc od czasu do czasu było jakieś mięso, przeważnie zające, czasami dzik. Gorzej było z obróbką tego, ale matka z czasem się nauczyła, była po prostu do tego zmuszona. Pamiętam, że matka z czasem też nauczyła się sama piec chleb. Poza pracą w gospodarstwie domowym pracowała dorywczo, w zależności od potrzeb w czymś, co można nazwać biurem w PGR – tak było szumnie to pomieszczenie nazwane.

Wnętrze domu składało się z wyposażenia, które przywieźliśmy ze sobą ze Śląska, podstawowe meble takie jak łóżka, kredens, stół, jakieś inne meble, których dokładnie już nie pamiętam.

Z czasem dobudowany, czy raczej przebudowany, został piec w pomieszczeniu, które można nazwać kuchennym, zaś w „sypialni” zbudowany został piec służący już tylko do ogrzewania. Kształtem przypominał piec kaflowy, ale był z gliny. Był pomalowany na biało, chyba wapnem.

PGR jakoś też pomału zaczął się organizować, przyszły dwa Ursusy C – 45 (te na licencji Lanz Buldoga), tyle, że opon do nich nie było, wiec przerobiono je na tzw. kolczaki – zamiast opon były stalowe obręcze z poprzykręcanymi do nich kolcami, a z przodu zamiast kolców były takie podłużne prowadnice. Po miękkiej roli dało się tym jechać, ale po skalistym podłożu to była katastrofa, kierownica jednemu traktorzyście rękę złamała.

Ale co najważniejsze, do traktorów była ropa! A więc do lampy naftowej, do oświetlenia! O prawdziwej nafcie nie było nawet, co marzyć, wiec sie ropą paliło. Ale był problem, ropa kopciła i od niewłaściwej temperatury pękało szkiełko, ale i tak lepsze jak nic! Jak pękło szkło w lampie to obowiązkowo trzeba było iść spać, bo co było robić?

Ja na traktorze "Zetor" Major , PGR Czarna. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja na traktorze „Zetor” Major , PGR Czarna. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Pierwsze kroki w szkole

Miałem wtedy przyjaciela, był nim pies Bari, duży biały owczarek, był z nami przez cale swoje pieskie życie. Rówieśników w otoczeniu nie miałem, więc jedynym moim kompanem był właśnie Bari.

Ja w wieku około 8 lat, moja mama i pies Bari. Po lewej stronie kopiec z kartoflami. Zdjęcie zostało zrobione w Czarnej PGR w kierunku na Charwaty. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja w wieku około 8 lat, moja mama i pies Bari. Po lewej stronie kopiec z kartoflami. Zdjęcie zostało zrobione w Czarnej PGR w kierunku na Charwaty. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

We wrześniu w wieku 6 lat poszedłem do szkoły, rok prędzej jak normalnie, tak z nudów. Droga do szkoły to 4 kilometry w jedną stronę, miejscowość nazywała się Teleśnica Oszwarowa. Wzdłuż potoku biegła stara zarośnięta droga, częściowo zalesiona. Pamiętam jak mama w zimie mówiła: Lesiu, jak zobaczysz wilka, uciekaj na drzewo!

Na szczęście jakoś wilki miały dla mnie szacunek, a ja za to czuję respekt do nich oraz sentyment po dzień dzisiejszy!

Szkołę w Teleśnicy prowadziła nauczycielka będąca jednocześnie sprzątaczką, palaczką i kto wie, czym jeszcze. W szkole była jedna sala w starej chałupie i w niej wszystkie dzieci podzielone na cztery klasy. Było nas w sumie ok. 10 dzieci w tych czterech klasach i wyglądało to tak: w ławce pod ścianą siedziała pierwsza klasa, po środku druga i trzecia, a pod oknem czwarta klasa. Pani chodziła miedzy ławkami i czytała czytanki na przemian, raz dla tej, a raz dla innej klasy, i tak kształciliśmy się!

I co najważniejsze! Przed lekcjami wszyscy musieliśmy na stojąco najpierw śpiewać hymn Polski, a potem recytować wspólnie wiersz pochwalny o Towarzyszu Bierucie, który się mniej więcej tak zaczynał: O wielki wodzu, nasze słonko wstające, prowadź nas ku świetlanej przyszłości naczelny wodzu.

Dokładnie tekstu już nie pamiętam, ale tak coś było w tym sensie.

Niezapomniane letnie sady i syberyjskie zimy

W Daszówce niezapomniane w lecie były sady, które zostały w miejscach spalonych chałup. Czereśnie, maliny, porzeczki, jabłka – tego było tam zatrzęsienie i tylko te sady przypominały o istniejących w tych miejscach kiedyś gospodarstwach.

Moja mama bardzo się bała, abym nie wpadł do starej studni, które były przy każdym domostwie, niewidoczne gdyż zarośnięte trawą i pokrzywami, w dodatku żmij też nie brakowało, ale ja kuszony dorodnymi owocami niewiele sobie z tego robiłem.

Najbardziej zapadły mi w pamięć tutejsze zimy – mróz i śnieg jak na Sybirze, często na równo z oknem! I ciągłe wycie wilków, cale watahy podchodziły w nocy, szczególnie te jasne i księżycowe, ich wycie mam do dziś w uszach! Podchodziły tak, blisko, że widać było ich błyszczące ślepia, ja się jakoś nie balem, ale babcia razem z mamą umierały ze strachu!
Czasami ojczym strzelał z karabinu na postrach i przez jakiś czas była cisza, ale po jakimś czasie wilki koncertowały od nowa.

Z tym strzelaniem musiał się też pilnować z racji ograniczenia w zasobie amunicji, była ona przeznaczona przede wszystkim na cele obronne, napady zdarzały się dość często i dużo ludzi chodziło wtedy z bronią, z pistoletami rożnego kalibru, chyba jeszcze pozostałości po wojnie, która przecież nie tak dawno minęła. Legalne to na pewno nie było, ale kto o to sie wtedy pytał?

Przeprowadzka do Czarnej

Czarna PGR, budynek, w którym mieszkaliśmy, ojczym był dyrektorem tegoż PGR-u. Zdjęcie zrobione od strony obór, gdzie nocowały krowy PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Czarna PGR, budynek, w którym mieszkaliśmy, ojczym był dyrektorem tegoż PGR-u. Zdjęcie zrobione od strony obór, gdzie nocowały krowy PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego


Po jakichś dwóch latach ojczym awansował i zostaliśmy przeniesieni do miejscowości Czarna, gdzie istniał już PGR, a poprzedni Pan Dyrektor umarł z przepicia, wiec poniekąd etat się zwolnił.

Przyszła kolej na przeprowadzkę i „Ursus” pociągnął na przyczepie nasz cały dorobek do Czarnej, kilkanaście kilometrów dalej.

Luksus – można tak to nazwać w porównaniu do Daszówki!

Ja z Markiem na kolanach pod kaflowym piecem, Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja z Markiem na kolanach pod kaflowym piecem, Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Do wygódki już tylko minuta drogi, do studni po wodę – pięć minut, a ja do szkoły dziesięć minut! Ameryka!

Ja na koniu, w oknie ojczym. Zrobione w Czarnej PGR przed budynkiem gdzie mieszkaliśmy. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja na koniu, w oknie ojczym. Zrobione w Czarnej PGR przed budynkiem gdzie mieszkaliśmy. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Szkoła była także 4-klasowa i też wszystkie klasy razem w jednej sali, ale za to blisko i o wilkach można było zapomnieć, chociaż pamiętam je do dzisiaj i nie zapomnę do końca życia!

Do klasy drugiej, trzeciej i czwartej chodziłem tam – w PGR Czarna, do następnych klas 5 i 6 chodziłem znowu pięć kilometrów aż do Czarnej Górnej. W tamtych czasach nazywaliśmy to odpowiednio Czarna krzyżówki (od skrzyżowania dróg, gdzie dziś są knajpy), oraz Czarna PGR, od PGR – u. Podział na Czarna Górna i Dolna był wtedy nieznany, ukształtował się dopiero w późniejszych latach.

Mama i IZ, jeszcze bez bocznego wózka, Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Mama i IZ, jeszcze bez bocznego wózka, Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Od lewej: babcia (mama mamy), Marek, ja, ojczym Zygmunt, mama i Andrzej na kolanach. Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Od lewej: babcia (mama mamy), Marek, ja, ojczym Zygmunt, mama i Andrzej na kolanach. Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Nowy dom i prąd przez 2 godziny dziennie…

Od lewej, brat przyrodni Andrzej, ojczym i ja w słonecznych okularach. Zrobione przed budynkiem gdzie mieszkaliśmy w Czarnej. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Od lewej, brat przyrodni Andrzej, ojczym i ja w słonecznych okularach. Zrobione przed budynkiem gdzie mieszkaliśmy w Czarnej. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego


Dom, który dostaliśmy do zamieszkania, był własnością PGR-u i był poprzednio zamieszkany przez dyrektora-pijaka. Dom był dość obszerny, dostałem nawet swój pokój, mogłem więc urządzić tam swoje małe królestwo!

A co najważniejsze – był prąd! Ale niestety tylko dwie godziny dziennie, ale zawsze coś, więcej jak nic!

Polegało to na tym, że w pomieszczeniu warsztatowym była duża prądnica (wytwornica prądu) napędzana silnikiem spalinowym. „ES” – znawcy wiedzą, co to takiego. To silnik jednocylindrowy z leżącym tłokiem chłodzony cieczą, miał po obu stronach duże koła zamachowe i jedno z nich napędzało poprzez parciany pas transmisyjny wspomnianą wytwornicę prądu. Rozruch następował przy pomocy korby, włączało się dekompresję dźwignią pod zbiornikiem paliwa i po rozkręceniu kół zamachowych włączoną dźwignią, kompresja zamykała zawory, przez co silnik zaczynał pracować. Miał taki charakterystyczny odgłos pracy: pach, pach, pach, pach i słychać go było na odległość. Obsługiwał go Pan Wacław Brygola, nadzwyczaj porządny człowiek, który był również kierowcą, mechanikiem i w ogóle – złota raczka do wszystkiego, co związane z techniką.

Pan Wacek włączał silnik tylko na dwie godziny od zapadnięcia zmroku, było to podyktowane przede wszystkim brakiem paliwa do ES-a, jak również częstymi awariami, których było mniej przy mniejszym używaniu tej piekielnej machiny.

Poza tym linia elektryczna (druty) były pociągnięte we własnym zakresie przez pracowników PGR – u i często sie urywały, to była straszna prowizorka.

Pamiętam tragiczne zdarzenie, gdzie zabite prądem zostały dwie osoby, dziewczynka i jej matka. Było to tak: jechała furmanka załadowana sianem i pawąz (drag utrzymujący siano na wozie i zamocowany wzdłuż wozu z odciągami z przodu i z tylu) zahaczył o zwisające druty i zerwał je. Bawiąca sie obok domu mała paroletnia dziewczynka została porażona prądem, gdyż nadepnęła na nie, było po deszczu, co zwiększa siłę rażenia, a będąca w pobliżu matka chcąc ją ratować chwyciła dziewczynkę za ręce i sama została śmiertelnie porażona.
Dwie osoby naraz. Katastrofa.

Przyjechało masę jakichś oficjeli, bo pogotowie nie miało już co robić – milicja, kilka aut naraz. Straszne to było nieszczęście dla wszystkich.

Dopiero chyba, o ile dobrze pamiętam, pod koniec lat 50-tych założono linię elektryczną z prawdziwego zdarzenia i mięliśmy prąd całą dobę, robiło to zdaje się Przedsiębiorstwo Elektryfikacji Rolnictwa z Rzeszowa, ale nie jestem pewien.

Tak w ogóle to ten PGR w Czarnej był już na poziomie w porównaniu do Daszówki. Był sklep spożywczy, przywożono chleb z piekarni dwa razy w tygodniu, i było piwo! Piwo było z rozlewni z Ustrzyk, w drewnianych beczkach z metalowymi obręczami, była tzw. pipa, którą wbijało się w korek, korek wpadał do beczki, pipą sie kręciło stożkowy gwint w miejsce korka i już się piwko lał poprzez kranik do kufelka… a obok w pipie była pompka, którą się pompowało ciśnienie do beczki, aby piwko mogło trafić do kufelka, a potem gardełka, brzuszka, a potem z powrotem na zewnątrz.

Matka pracowała jakiś czas w księgowości tegoż PGR – u, potem we wspomnianym sklepie. Babcia prowadziła gospodarstwo domowe i czas pomału leciał.

Cerkiew jako magazyn dla nawozów

Pamiętam, że była tam też zdewastowana cerkiew. Resztki dawnej świetności dało się jeszcze poznać, były duże ikony na ścianach, jakieś boczne pomieszczenia pozamykane na kłódkę, resztki ławek, jakieś nieodkryte zakamarki. Zaglądałem tam od czasu do czasu w miarę możliwości, gdy magazynier otworzył, gdyż PGR wykorzystywał tę cerkiew jako magazyn jakichś nawozów, narzędzi i czego tam jeszcze. Była to jawna profanacja, ale czego można wtedy było się spodziewać od komunistów – uważali, że nic złego nie robią.

Cerkiew nieremontowana i niekonserwowana popadała w coraz to większą ruinę, w końcu nie nadawała się nawet na magazyn. Dziurawy dach przeciekał, potem magazyn został zlikwidowany i otworem stojąca cerkiew została rozkradziona z resztek znajdujących się tam rzeczy. Resztę dopełnił wiatr, mróz, złodzieje, którzy rozkradli drewno z poszycia i dachu i taki był smutny koniec tej budowli. Pamiętam, że była przybita czerwona tabliczka z napisem „Zabytek, wstęp wzbroniony”, ale potem i ta tabliczka zginęła. To samo stało się z cmentarzem przylegającym do cerkwi, zarósł pokrzywami, żelazne krzyże z charakterystycznym skośnym dodatkowym ramieniem zostały rozkradzione, cmentarz zadeptany i tylko nieliczne kapliczki stawiały opór przeciwnościom losu i ludziom.

Czarna Dolna - Cerkiew, Bieszczady

Zdjęcie cerkwi „Cerkwie”, fot. Stanisław Kryciński.
Opis L. Grabowskiego: Przodem (wejściem) cerkiew zwrócona była w stronę skarpy u podnóża, której płynie potok i dalej zabudowania byłego PGR-u, ale sama cerkiew – jak pamiętam – wyglądała identycznie. Za cerkwią ok 200 – 300 m mieszkał w tamtych czasach Pan Buczek z żoną i ułomną córką, był stolarzem i starszym już człowiekiem, był jednym z niewielu rdzennych mieszkańców tych ziem, żyli oni raczej w odosobnieniu unikając kontaktów, jego żona nie mówiła po polsku. A’ propos cerkwi – jeszcze po lewej stronie, patrząc od wejścia, znajdował się stary i zdewastowany cmentarz, o którym pisałem. Był zarośnięty drzewami, ale przypominam sobie ze czasami paliła się na jednym z zapadniętych grobów świeczka, być może to Pan Buczek ją zapalał.

Harcerskie czasy

Jesteśmy nadal w Czarnej – dla mnie plus olbrzymi, bo póki, co, do końca czwartej klasy mam tylko parę minut z domu do szkoły. Klasy zbiorcze, jak już wspomniałem, hymn przed rozpoczęciem lekcji tak samo jak i w Teleśnicy, tylko peany pochwalne na cześć bohaterskich przywódców narodu odpadły.

Ale za to było harcerstwo! Od razu się zapisałem, nie z przekonania, ale dla obiecanego mundurku, który bardzo chciałem mieć! Niestety, moje oczekiwania skończyły się tylko na oczekiwaniach! Obiecane mundurki nie przyszły, a my musieliśmy je nosić tylko w wyobraźni. Nie doczekaliśmy się ich nigdy, za to pani na tablicy narysowała nam harcerską lilijkę i do tego tajemnicze hasło: ONC, ZHP! Co to jest ONC do dziś nie wiem, ale my od razu wymyśliliśmy pasującą treść: Ojciec Nakradł Cebuli Założył Handel Polski. Pamiętam to do dziś!

Warta też jest wspomnienia kwestia telefonów. Były, a jakże! I to aż TRZY na jednym numerze! To był numer 11!

Postaram się sie w miarę zrozumiale to wytłumaczyć, bo dziś to byłoby niepojęte, a więc: była linia telefoniczna, na której pod jednym numerem były trzy aparaty telefoniczne. W razie, gdy ktoś dzwonił, dzwoniły wszystkie trzy jednocześnie i wszyscy podnosili słuchawkę: halo, halo, kto mówi i z kim pan / pani chce rozmawiać?

Wtedy dzwoniący mówił na przykład: z felczerem! Ok, felczer jestem, o co chodzi? Zapomniałem dodać, że te trzy aparaty telefoniczne były u: felczera, ” Pana Dyrektora ” w domu i w biurze PGR – u.

Tak więc dla przykładu felczer odbiera telefon i rozmawia, skoro do niego był przeznaczony, a dwie pozostałe osoby, u których jednocześnie dzwoniło, odkładają słuchawkę, ale pod założeniem, że są uczciwe, jeśli nie – nie odkładają i słuchają, o czym felczer mówi, a on o tym nie wie, bo zakłada, że inni nie podsłuchują. Tak samo jest w przypadku każdego innego, kto ma telefon na tej linii. Ale może też tak być, że wszystkie trzy osoby mogą z tych trzech telefonów rozmawiać jednocześnie, nawzajem między sobą albo też nawzajem się podsłuchiwać. Ale żeby było jeszcze śmieszniej, była poczta w Czarnej Górnej, gdzie jest centrala i pani od telefonów, która też może podsłuchiwać wszystkie rozmowy, bo ona łączy. Ale łączy tylko do godziny 15.00, a po 15.00 pani od telefonów idzie do domu (za ścianę, bo tam mieszka) i potem łączy pani od telefonów w Ustrzykach. Pani od telefonów w Ustrzykach pracuje do 18.00, po 18.00 łączy pani od telefonów w Rzeszowie. Tak było naprawdę!
Ale to jeszcze nie wszystko; czasami była bardzo zła słyszalność, bo jeszcze dodatkowo podsłuchiwali ciekawscy panowie z UB.

Wiec daję przykład przy złej słyszalności: dzwoni ciocia z Przemyśla do Czarnej, taką rozmowę oczywiście się najpierw zamawia w centrali pierwszej przed wyjściem rozmowy, aby ciekawscy panowie z UB mieli czas się przygotować, potem dzielne panie telefonistki łączą: centrala Przemyśl, do centrali Rzeszów, następnie centrala Ustrzyki i w końcu centrala Czarna. Średni czas od zamówienia do polaczenia dwie godziny. I teraz: ciocia z Przemyśla nareszcie ma połączenie z kuzynką w Czarnej i krzyczy: Irenka, Irenka, hallo, hallo słyszysz? A Irenka cały guzik słyszy, więc ciocia prosi po kolei o tzw. pośrednictwo w rozmowie! Naprawdę było coś takiego, proszę uwierzyć. Więc ciocia woła do pierwszej telefonistki, tej w Przemyślu: Irenka, przyjadę do ciebie za miesiąc na grzyby! (na przykład), ale musi uważać, co mówi, bo ”pan ucho” podsłuchuje. Dalej pani telefonistka powtarza telefonistce z Rzeszowa: Irenka, przyjadę… itd., ta zaś pośredniczy dalej telefonistce do Ustrzyk, Irenka .. itd., tamta to samo telefonistce do Czarnej, a tamta do Pani Irenki: „Irenka, przyjadę do ciebie za tydzień na ryby!” Irenka, aby odpowiedzieć, musi tak samo: „Ciociu, ciociu, u nas nie ma ryb, są tylko grzyby, ale to dopiero za miesiąc” – i tak samo muszą pośredniczyć w tym telefonistki! Cyrk, ale naprawdę tak było! Chociaż taka zła słyszalność zdarzała sie rzadko, ale bywało. Ale tak czy inaczej, na połączenie czekało się godzinami, im dalej, tym dłużej, zależało od ilości central telefonicznych po drodze.

Były to centrale ręczne, polegały na ręcznym przekładaniu kabli przez panie telefonistki w centrali, co często obserwowałem będąc na poczcie w Czarnej Górnej. Wyjątkiem były tzw. połączenia błyskawiczne, np. po straż pożarną albo pogotowie. Wtedy pani telefonistka przerywała innym rozmowę wyciągając kable z centralki i wkładała te kable w tzw. gorącą linie np. w razie pożaru, bo było gorąco.

Z kolei dzwoniąc z domu gdzieś tam, kręciło się w aparacie korbką, nie miały one bowiem żadnej tarczy z cyframi, te wynalazki nastały później. Po zakręceniu tą korbą zgłaszali się jednocześnie wszyscy trzej podłączeni na tej linii i poczta (centrala).

Tą korbą też trzeba było umiejętnie kręcić, bo inaczej, np. za szybko, albo za długo, to pani w centrali miała zakłócenia i wtedy nic nie działało. Więc cztery obroty korbką, podnieść słuchawkę i czekać, czekać. Jak nic sie nie działo, słuchawka na widełki, znowu cztery do pięciu obrotów tylko już szybszych, słuchawka do ucha, czekamy, czekamy, czekamy. To były czasy!

Telewizja – kolejny wspaniały wynalazek

Nie pamiętam dokładnie, ale chyba z początkiem lat 60 – tych, może trochę wcześniej, powstała we Lwowie stacja przekaźnikowa Radzieckiej Telewizji. Transmitowali oni programy z Moskwy, zasięg tego przekaźnika był ograniczony, ale do Czarnej docierał. Nie wiem, jakim cudem ojczym skombinował sam odbiornik TV, bo wtedy nic się nie kupowało tylko kombinowało, ale ważne, że był. Taka duża drewniana skrzynia z takim małym okienkiem po środku. Telewizor jest, teraz jeszcze kabel, antena, no i maszt, musiał być jak najwyższy, bo Lwów daleko. Jak to już wszystko było skombinowane, to teraz jak się do tego Lwowa podłączyć? Ale był niezawodny Pan Wacek (Brygola), złota rączka, a więc działamy. Dłuugi drąg drewniany, robiący za maszt dla anteny, długi kabel, specjalny, płaski, i co widzimy? Nic nie widzimy.

Po długich naradach, czytaniu mądrych książek i wielu wyprawach z anteną na dach w końcu słyszymy, potem widzimy coś, co jest podobne do ludzi i krzyczy coś po ukraińsku. W końcu po wielu usiłowaniach, tygodniach walki z tym ustrojstwem udało się, jako tako odbierać tą telewizję.

To była dziwna ta telewizja, wyglądało to tak: to była tylko transmisja moskiewskiej telewizji, Lwów, jako taki nic nie nadawał. Zaczynali gdzieś po południu, najpierw widać było cos jak firanki, albo zasłony, wiadomo Moskwa, tak przez pół godziny, potem pan niskim barytonem: wnimanie, wnimanie, goworit Maskwa! To był bardzo groźny ton, a potem najczęściej film wojenny albo film o rewolucji. Następnego dnia znowu film o rewolucji, a potem znowu wojenny. I tak na przemian, aż do znudzenia. Ale za to przynajmniej reklam nie było!

Około 20.00 był hymn przyjaznego narodu, groźny baryton mówił daswidanija, i było po robocie. Gorzej jak był wiatr, przekręcał antenę i ktoś musiał stale siedzieć na dachu i po wietrze poprawiać.

Ale to było lepsze jak nic. W późniejszych latach zbudowano przekaźnik TV na szczycie Żukowa i on transmitował telewizję chyba z Krosna.

Z kolei, jeśli chodzi o radio, było nieosiągalne, samego radioodbiornika nie można było kupić. Ale to było celowe, żeby ludzie za mądrzy nie byli. Były wzdłuż całej miejscowości na słupach telefonicznych głośniki, jak również w mieszkaniach, które nadawały jeden tylko, oczywiście słuszny w tym czasie, program. Był to program o wiadomej treści, a jak ktoś nie wie to powiem wprost: komunistyczna propaganda. W niedzielę grała orkiestra Dzierżanowskiego i było wesoło.

I można było te szczekaczki nastawić tylko ciszej, albo głośniej i to tylko te w domu, bo te na slupach wyły jak zwariowane; do boju młodzi junacy, Warszawa czeka na odbudowę, plan pięcioletni, i takie tam różne śmieszności.

Radia pokazały się dużo później i oczywiście mój ojczym od razu jakieś tam skombinował i od razu, co zrobił? Słuchał radia Wolna Europa pod kołdrą, aby inny towarzysz przechodzący pod domem go nie zakapował, a każdy traktorzysta musiał być towarzyszem, bo inaczej musiałby doić krowy (a było ich sporo).

PGR się rozwija…

PGR sie rozwijał, robił coraz to większy deficyt, a ojczym się chwalił, że i tak mają najmniejszy w całym zjednoczeniu. Zjednoczenie było w Olszanicy ( wtedy), w pięknym starym pałacyku otoczonym stawem z żabami.

W ogóle dziwny stwór był ten PGR – państwowy, wiec niczyj, wiec nasz wspólny. Wszyscy mniej czy więcej legalnie brali, co chcieli i tak to funkcjonowało. W późniejszych czasach trochę się to zmieniło, ale deficyt jak sobie był tak został na zawsze.

Przyjeżdżało też dużo ludzi rożnego pokroju, czasami na bakier z prawem, ale że był brak rąk do pracy, nikt na to nie patrzył, szczególnie w okresie letnim, w czasie żniw. Pamiętam przez długi okres czasu przyjeżdżali na lato dwaj bracia kryminaliści z Łodzi. W lecie pracowali w PGR, na zimę szli siedzieć do więzienia. Nie wiem jak oni to robili, ale taki mieli styl życia i było im z tym dobrze. Wiem, że w latach 80 – tych pracowali tam więźniowie pod nadzorem strażników, ale mnie już tam nie było. Moja Bieszczadzka Przygoda skończyła sie w 1970 roku.

Niezapomniane były bieszczadzkie zimy, mrozy sięgające 30 stopni to była normalka, były długie i śnieżne. Moim zadaniem było noszenie wody ze studni, jakieś 200 – 300 metrów od domu w Daszówce. W zimie ciągnąłem tę wodę na sankach w baniaku, lubiłem to zajęcie. Dużo jeździłem na nartach, musiałem sobie sam ucierać szlaki, ale miło to wspominam. W czasie ferii zimowych cały dni spędzałem na nartach, aż do zmierzchu.

Tak w lecie, jak i w zimie nigdzie nie wyjeżdżałem, lato to był czas na łażenie po górach, oczywiście niezbyt daleko, bo mama bała się o Lesia, – czyli o mnie. Bardzo lubiłem też jeździć z traktorzystami na traktorze, w późniejszych czasach już bez traktorzysty. To było moje ulubione zajęcie, które mnie tak zafascynowało, że rzutowało później na całe moje życie zawodowe, które, było związane z motoryzacją.

Ja na Junaku w Lesku, motor należał do ojca Kazika Kumki. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja na Junaku w Lesku, motor należał do ojca Kazika Kumki. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i kolega szkolny Kazik Kumka i moja MZ. Przejażdżka po dużej pętli Bieszczadzkiej pod wiadomym pomnikiem / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i kolega szkolny Kazik Kumka i moja MZ. Przejażdżka po dużej pętli Bieszczadzkiej pod wiadomym pomnikiem / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Miłość do literatury i góral z Podhala

Bardzo dużo czytałem, to było moje ulubione zajecie, ale oczywiście dopiero od momentu założenia światła, linii elektrycznej. Moim ulubionym autorem był Jack London, którego książki mama gdzieś oczywiście, co? Skombinowała! Takie tomy jak Zew Krwi, Biały Kieł, Szkice Autobiograficzne i wiele innych czytałem wielokrotnie i wycisnęły one olbrzymie piętno na mojej psychice.

W Czarnej osiedlił sie również góral z Podhala – Pan Wincenty Chrobak. Nie wiem, czemu to zrobił, nie pytałem go nigdy, byłem jeszcze dzieciakiem i nie przyszło mi do głowy go o to zapytać. Zbudował duży dom w tym miejscu gdzie stoi dziś Wincentówka. Widziałem tą Wincentówkę w internecie, jestem prawie pewien, że to ten sam dom, chociaż w tej już Wincentówce nigdy nie byłem ani nie znam tych ludzi. Ale nazwa – czyżby przypadek? Wiem, że sam Chrobak się dużo później powiesił, ale nie znam szczegółów. Ale za to miał Chrobak dużo dzieci i co dla mnie najważniejsze przywiózł ze sobą z Podhala olbrzymi motor, monstrum jak na tamte czasy, amerykański motor marki Indian! Coś niesamowitego!

Jak już byłem starszy jeździłem tym monstrum, pożyczał mi czasami, lubiliśmy się bardzo mimo różnicy wieku. Jestem z nim na jednym ze zdjęć w lesie z psem, to była zima, mieliśmy karabiny i poszliśmy kłusować. Przyznaję się bez bicia. Tylko, że na zdjęciu ja mam karabin, on góral przezorny wolał go schować. Ale pies świadkiem! Mieliśmy obaj.

Na tym „Indianie” się wyszalałem, nie był oczywiście zarejestrowany, bo, po co? Po polach nie trzeba. Tego Indiana kupił potem niejaki Pan Manteufel z Polany i przerobił go na trzykołowca, tzn. dorobił z tylu dwa koła i pakę i służył w gospodarstwie.

Najazd kowbojów z całej Polski

Ja na koniu, początki Bieszczadzkiego "kowbojstwa”. Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja na koniu, początki Bieszczadzkiego „kowbojstwa”. Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego


Ojczym miał ule, pomagałem czasami, a miód lubię do dzisiaj, ale pszczół sie boję.
Był okres, kiedy kręcono tam film „Rancho Texas ” chyba pod koniec lat 50-tych. Późniejsze lata to duży najazd „kowbojów ” z całej Polski, wszyscy naraz chcieli być kowbojami, ale w tamtych czasach nie było infrastruktury jeździeckiej, nie było stadnin, co najwyżej rolnicy mieli jakiegoś konika. Tak, więc najczęściej „kowboje ” wyjeżdżali zawiedzeni, czasami po dłuższym pobycie gdzieś w okolicach gdzie były promile do nabycia i to było wszystko. Poza tym ludzie patrzyli wtedy na tych „kowbojów ” niechętnie, nazywali ich niebieskimi ptakami, wtedy nie było do tego zrozumienia. To były po prostu inne lata.

Wyjątkiem był niejaki Henryk Wiktorini (Victorini), którego miałem okazję poznać. To naprawdę bieszczadzki oryginał, chyba jedyny prawdziwy Bieszczadzki kowboj w tamtych czasach.

Pan Henryk Wictorini to jeden z najstarszych osadników bieszczadzkich. Miałem okazję go zobaczyć, bo poznać to może za duże słowo, w Sokolu gdzie miał swoja siedzibę.
Byliśmy tam parę razy z ojczymem, zabierał mnie czasami ze sobą, gdy miałem wolne w szkole, wakacje itp.

Pamiętam pałacyk częściowo zaniedbany, dojazd tam był możliwy tylko końmi albo samochodem terenowym, były takie w PGR – powojenne willysy (2) i duży Dodge wc, prod. USA , widoczny na fotografii zrobionej tam właśnie w Sokolu.

Sam Pan Victorini, na tyle ile pamiętam, zrobił na mnie wrażenie spokojnego człowieka, raczej nie odgrywał roli „kowboja „, konie używał chyba tylko do pomocy przy pilnowaniu stada bydła. Jeździł dobrze konno i zrobił na mnie wrażenie raczej człowieka samotnika. Byłem wtedy jeszcze bardzo młody i wrażenia po latach sie zacierają, ale pamiętam go i mam satysfakcję, że mogłem poznać tego pioniera bieszczadzkich osadników.

Generał Berling

Inna postać to generał Zygmunt Berling, postać historyczna, nie wnikając negatywna czy pozytywna, jednakże postacią historyczną był.
Miał swój dom w miejscowości Rajskie i odwiedzał parę razy mojego ojczyma w Czarnej. Wiedli długie rozmowy nocne, których niestety nie słyszałem. Pamiętam, że mówił bardzo pomału, z rozmysłem, zastanawiając sie nad każdym zdaniem. Palił fajkę. Był wysoki i szczupły. Przyjeżdżał samochodem z kierowcą, który czekał na niego cały czas w aucie.

Z części rozmów wywnioskowałem, że mój ojczym był po wojnie żołnierzem KBW, czym chwalił się przed generałem, pokazując mu odznaczenia KBW oraz Krzyż Grunwaldu. Pamiętam jeszcze jego wygląd, podłużny, owalny z dwoma mieczami w pionie.

Miał też kontakt z UB. Babcia, gdy to się wydało, nie nazywała go inaczej jak ty „ubowcu”. I było bardzo „wesoło”, tylko, że w tym negatywnym znaczeniu.

Zmiana nazwiska

W roku 1956 urodził się mój brat przyrodni Andrzej, a w 1958 Marek. I stała się rzecz dziwna, której przyczyny do dziś nie rozumiem. Mianowicie ojczym, mama, i bracia przyrodni zmienili nazwisko z Szewczuk na Grabowski. A ja byłem cały czas Grabowski. Gdy sie po jakimś czasie zorientowałem, zapytałem mamę, dlaczego? Odpowiedziała mi wówczas bardzo lakonicznie: żebyśmy się wszyscy jednakowo nazywali. W to nie wierzę, bo łatwiej przecież było by mnie samego przemianować na Szewczuk i byłoby znacznie mniej problemu, no, ale ja i tak nic nie miałem do powiedzenia. Bardzo dziwne czasy wtedy były.

Motor "Iz" 350 prod. ZSRR, własność ojczyma. Ja za kierownicą, za mną Andrzej, w przyczepie mama i Marek. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Motor „Iz” 350 prod. ZSRR, własność ojczyma. Ja za kierownicą, za mną Andrzej, w przyczepie mama i Marek. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja z Andrzejem, Czarna PGR / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja z Andrzejem, Czarna PGR / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Mama, Andrzej i ojczym przy zabitym rysiu. Auto "Moskwicz", w tyle budynki PGR-u, w budynku tym mieszkał Zygmunt Wiśniewski, traktorzysta z żoną, dojarką krów. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Mama, Andrzej i ojczym przy zabitym rysiu. Auto „Moskwicz”, w tyle budynki PGR-u, w budynku tym mieszkał Zygmunt Wiśniewski, traktorzysta z żoną, dojarką krów. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Wyprawa po świąteczną choinkę. Ja i Władysław Drozd, człowiek, który był prawą ręką ojczyma w sprawach związanych z prowadzeniem PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Wyprawa po świąteczną choinkę. Ja i Władysław Drozd, człowiek, który był prawą ręką ojczyma w sprawach związanych z prowadzeniem PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Marek i ja przed domem w Czarnej, przegląd broni (sztucera) / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Marek i ja przed domem w Czarnej, przegląd broni (sztucera) / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i Marek przed kurnikiem w Czarnej PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i Marek przed kurnikiem w Czarnej PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i brat przyrodni Andrzej, siedzi na masce Syrenki należącej do ojczyma, zrobione w Czarnej PGR przed budynkiem gdzie mieszkaliśmy (zrobione od strony drogi dojazdowej) / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i brat przyrodni Andrzej, siedzi na masce Syrenki należącej do ojczyma, zrobione w Czarnej PGR przed budynkiem gdzie mieszkaliśmy (zrobione od strony drogi dojazdowej) / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Prawdziwy ojciec został skazany na karę śmierci

Tutaj winien jestem dodać jeszcze, że ojciec mój, Zdzisław, został zamknięty w roku 1950 w czasach stalinowskiego reżimu w więzieniu we Wrocławiu, gdzie wtedy mieszkaliśmy i skazany na karę śmierci razem z ojcem mamy, Ferdynandem.

Mój ojciec Zdzisław Grabowski i ja, Wrocław 1948, Boże Narodzenie / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Mój ojciec Zdzisław Grabowski i ja, Wrocław 1948, Boże Narodzenie / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ojciec był oficerem zawodowym, zaś dziadek Ferdynand dyrektorem gimnazjum. Tak wtedy działał stalinowski reżim, dziś te sprawy dopiero wychodzą na światło dzienne. Na dziadku wyrok został wykonany, ojciec zaś po pięciu latach w celi śmierci i torturach dostał zmianę na dożywocie, po śmierci Stalina nastąpiła tzw. odwilż. W roku 1955 ojciec został z więzienia wypuszczony, jakimś cudem skorzystał z prawa łaski. Był jednakże wrakiem człowieka, bardzo ucierpiał na zdrowiu fizycznie i psychicznie. Wyrokiem sądu zostali obaj – ojciec i dziadek zrehabilitowani w latach 90 – tych. Mój ojczym zmarł w wieku 62 lat na raka, Ojciec zaś w wieku 63 lat na serce i obaj leżą na cmentarzu lipowym w Gliwicach w niedużej odległości. Samo życie.

Lakoniczny dokument wydany przez komunistów, stwierdzający zgon dziadka w więzieniu w Rawiczu. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Lakoniczny dokument wydany przez komunistów, stwierdzający zgon dziadka w więzieniu w Rawiczu. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Dokument stwierdzający o skazaniu ojca, Zdzisława Grabowskiego na śmierć w czasach stalinowskich. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Dokument stwierdzający o skazaniu ojca, Zdzisława Grabowskiego na śmierć w czasach stalinowskich. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Dokument stwierdzający o "zatarciu kary skazania ", wydany już po sześcioletnim pobycie ojca w więzieniu w celi śmierci i po jego uniewinnieniu i wyjściu z więzienia, po śmierci Stalina. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Dokument stwierdzający o „zatarciu kary skazania „, wydany już po sześcioletnim pobycie ojca w więzieniu w celi śmierci i po jego uniewinnieniu i wyjściu z więzienia, po śmierci Stalina. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja z dziadkiem na spacerze. Dziadek nazywał się Ferdynand Kupko. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja z dziadkiem na spacerze. Dziadek nazywał się Ferdynand Kupko. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Sprawy rodzinne

Wracając do Czarnej – była tam i jest do dzisiaj cerkiew przemianowana na kościół katolicki.
Były tam msze niedzielne, jednakże ani ja ani ojczym z mamą nie chodzili do kościoła, wiadomo, komuniści, mnie zaś religia nie została „zaszczepiona” z wiadomych względów. Pod koniec lat 50-tych przyjechał z Ameryki brat mamy, pierwszy raz po wojnie do Polski i to dopiero pod jego naciskiem mama wysłała mnie do komunii świętej. Byłem dużo starszy jak wszystkie inne dzieci komunijne i pamiętam, że się wstydziłem, byłem, bowiem o głowę większy od innych. Wyobrażałem sobie komentarze rodziców tych innych dzieci, dobrze, że ich nie słyszałem.

Brat mamy chciał ją zabrać razem ze mną do Ameryki zaraz po zamknięciu mojego ojca w kryminale, ale nie było szans na otrzymanie paszportu wtedy. A może też były i inne przyczyny. Dowiedziałem się o tym od wujka podczas jego pobytu u nas. Wszystko to było wtedy bardzo skomplikowane, pełne niedomówień.

Tak samo ojciec po wyjściu z wiezienia był w Bieszczadach, chciał, aby mama do niego wróciła, ale nic z tego nie wyszło z bliżej nieznanych mi powodów. O tym po prostu w domu się nie mówiło.

W ogóle atmosfera wtedy się bardzo popsuła, delikatnie mówiąc i stosunki miedzy ojczymem a mamą były nieznośne, wszyscy bardzo cierpieliśmy, szczególnie ja i babcia. Chyba miało to związek z pobytem ojca w więzieniu i wszystkim, co tego dotyczyło. Ale nie jestem niczego pewien.

Od lewej, ja, Pani Wiśniewska, żona traktorzysty i dojarka w PGR, przyrodni brat Marek z psem, jakieś dziecko, następnie pani, której nazwiska nie pamiętam, przyrodni brat Andrzej i mama. Zrobione w Czarnej PGR przy okazji dożynek. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Od lewej, ja, Pani Wiśniewska, żona traktorzysty i dojarka w PGR, przyrodni brat Marek z psem, jakieś dziecko, następnie pani, której nazwiska nie pamiętam, przyrodni brat Andrzej i mama. Zrobione w Czarnej PGR przy okazji dożynek. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Marek, przyrodni brat i ja. W tle komórka na zwierzęta domowe, ule ojczyma i całkiem z tylu obory dla krów. Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Marek, przyrodni brat i ja. W tle komórka na zwierzęta domowe, ule ojczyma i całkiem z tylu obory dla krów. Czarna PGR. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Zmiana szkoły

Po ukończeniu czterech klas szkoły podstawowej musiałem zmienić szkołę, jak już wspomniałem w PGR była tylko szkoła czteroklasowa. Do piątej klasy zacząłem chodzić do Czarnej Górnej, znowu 5 kilometrów na piechotę w jedną stronę. Ale to dla mnie była już przysłowiowa bajka, zaprawiony marszami Daszówka – Teleśnica leśną drogą, jako maluch (samotnie), teraz te pięć kilometrów przez zamieszkałą wioskę to była pestka, byłem też przecież już starszy. Pamiętam, że przychodziłem zawsze około 10 – 15 minut przed rozpoczęciem lekcji i siedziałem w ławce, gdy wpadali w ostatniej chwili ci, którzy mieszkali za rogiem i mieli parę minut drogi do szkoły.

Od klasy 7 zacząłem moją edukację w Ustrzykach Dolnych, ojczym wynajął mnie i babci stancję u p. Dudkiewicza niedaleko dworca PKP, Dutkiewicz był wtedy powiatowym sekretarzem partii, czy jak się to wtedy tam nazywało, a więc koneksje bez końca. Zrobił to pewnie, dlatego aby już więcej nie wysłuchiwać „ty ubowcu ” w babci wydaniu, a potrafiła ona dość głośno wrzeszczeć.

Wiadomo, była nauczycielka. Na dodatek przedwojenna. Tak, więc mieliśmy z babcią u Dutkiewiczów swój pokój, niedaleko torów kolejowych i była wreszcie względna cisza, chyba, że babcia na mnie wrzeszczała jak coś było nie tak. Wiadomo, była nauczycielka. Przedwojenna na dodatek.

Do Szkoły Podstawowej w Czarnej Górnej chodziłem dwa lata, 5 i 6 klasę według ówczesnego podziału.

Ja i moja babcia ze strony mamy, przedwojenna nauczycielka jęz. francuskiego. Zdjęcie zrobione w Ustrzykach Dolnych u fotografa, który miał zakład zaraz obok Strwiążku przy moście. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i moja babcia ze strony mamy, przedwojenna nauczycielka jęz. francuskiego. Zdjęcie zrobione w Ustrzykach Dolnych u fotografa, który miał zakład zaraz obok Strwiążku przy moście. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Surowa edukacja

Czas ten szczególnie zapamiętałem, być może, dlatego, że mieliśmy bardzo wymagającego kierownika szkoły, nazywał się Pan Tomkiewicz. Był to starszy wtedy już wiekiem pan, dyscyplina była u niego na pierwszym miejscu. Tak na przykład przed rozpoczęciem każdej lekcji w momencie wejścia nauczyciela do klasy cała klasa musiała wstać i głośno powitać: Dzień dobry Panu (Pani), potem siedząc w ławkach podczas lekcji musieliśmy siedzieć prosto, nie garbiąc się z rękoma założonymi do tylu i się nie kręcić. W czasie pisania nie wolno było się garbić, głowę mieć podniesioną i jeżeli ktoś pisząc opuszczał głowę nad zeszyt dostawał silnie linijką w plecy od spacerującego po klasie nauczyciela. Tak, więc każdy odruchowo się prostował, bo nigdy nie wiadomo było, kiedy nauczyciel podejdzie po cichu od tylu i przywali. Ale przynajmniej nie było krótkowidzów, nikt nie pisał nosem.

Były też kary za przewinienia; klęczenie w kącie (rogu klasy) to była najmniejsza kara. Większa kara to było klęczenie z podniesionymi do góry rękami, a jeszcze większa to na grochu i z rękami do góry. Klęczenie miało być klęczeniem, a nie siedzeniem na piętach, trzeba było prosto klęczeć. Ja raz ten groch wysypałem przez okno w czasie przerwy i za karę klęczałem z rękami do góry przez całą lekcję, ponieważ długość klęczenia była uzależniona od stopnia przewinienia.

Była jeszcze jedna kara stosowana przez pana Tomkiewicza w szkole w Czarnej: było to bicie linijką w otwartą dłoń, nie zostawiało śladów, a bolało jak diabli. Trzeba było położyć otwartą dłoń na ławce i ilość uderzeń była adekwatna do stopnia przewinienia. Służyła do tego linijka szkolna. W dzisiejszych czasach było by to zapewne nie do pomyślenia, ale wtedy nikt z tego nie robił problemu i było to całkiem normalne. A trzeba dodać, że uderzenia były nie takie sobie, dla zabawy tylko, lecz naprawdę z rozmachem. Ale to były inne czasy, koniec lat 50 – tych.

Pamiętam jak dziś , zawsze pod koniec roku szkolnego, przed rozpoczęciem wakacji śpiewaliśmy chórem piosenkę: „Jak szybko płynie czas, jak szybko mija życie, kiedyś razem nie będzie nas „, itd. Jednak sens i znaczenie tych słów pojąłem dopiero znacznie później, będąc już dość dorosły. 100% prawdy, niedługo razem nie będzie nas. Nas wszystkich.

Był też uczeń dyżurny, co tydzień inny, który był odpowiedzialny za porządek w czasie przerwy, zwilżenie gąbki wodą i wyczyszczenie tablicy oraz inne małe prace porządkowe. Mieliśmy też wszyscy, wszystkie klasy, tak samo później w Liceum jednakowe mundurki szkolne z jednakowego materiału; chłopcy marynarki i spodnie jednakowego kroju, dziewczęta zaś fartuchy, też jednakowe, musiały sięgać poniżej kolan. Każdy obowiązkowo musiał mieć tarczę szkolną, która musiała być przyszyta (nie wolno było na agrafkę) na lewym ramieniu na odpowiedniej wysokości. Dziewczęta musiały mieć biały kołnierzyk, który był odpinany i można go było codziennie wymieniać.

Stalówka i atrament

W szkole podstawowej pisaliśmy wszyscy piórem z wymienną stalówką na drewnianej obsadce, zwanej rączka (od ręki). Do tego potrzebny był atrament, który wszyscy nosili ze sobą w tornistrze do domu, bo był ciężko osiągalny. Atrament był w kałamarzu (szklanej buteleczce) zakręcony ebonitową zakrętką, która często pękała i wtedy cały tornister był zalany atramentem. Nieodzowny był tez piórnik, takie drewniane pudełko z przesuwanym deklem, pokrywką, wewnątrz którego były utensylia przeznaczone do pisania: ołówek, pióro, zapasowe stalówki, gumka i strugaczka do ołówków. Wszystko to razem z książkami znajdowało się w tornistrze, który był z grubej tektury i na paskach zakładany na plecy. W zimie tornister często służył do zjeżdżania po śniegu z górki, wskutek czego cierpiała jego zawartość łącznie z kałamarzem przede wszystkim.

Jednakowo ubrani uczniowie wyglądali monotonnie, ale przynajmniej nie było konkurencji miedzy biedniejszymi i bogatszymi, nie było tez rewii mody jak dziś.

Zeszyty szkolne musiały być obowiązkowo zaopatrzone w bibułę, która wysuszała nadmiar atramentu ściekającego z pióra.

Potem juz w Liceum pisaliśmy piórem wiecznym do wnętrza, którego pompowało się atrament poprzez pokręcanie tłoczkiem znajdującym się na końcu pióra zanurzonego w atramencie, ewentualnie przy pomocy gumki. Później wyszły pióra z wymiennymi nabojami atramentowymi. Gdy kiedyś wreszcie pojawiły się długopisy, nie wolno nam było ich używać pod pretekstem zepsucia sobie charakteru pisma. Myślę, że chodziło raczej o nie propagowanie tego wynalazku pochodzącego ze „zgniłego zachodu”.

Mieliśmy też lekcje kaligrafii, tj. ładnego pisania, od linijki do linijki, pod odpowiednim kątem i odpowiedniej grubości, co można było uzyskać tylko pisząc normalną stalówką i atramentem.

Liceum w Ustrzykach Dolnych

Do klasy 8, 9, 10, a było to już Liceum Ogólnokształcące, gdyż wtedy był inny podział, chodziłem też w Ustrzykach Dolnych, ale mieszkałem już w internacie obok Liceum, który to internat prawie nowo powstał, a babcia wróciła dalej do „ubowca” i było tam dalej „wesoło”.
Byłem jednakże niespokojnym duchem, do czego sie muszę przyznać bez bicia, chociaż się dobrze uczyłem.

Narciarski epizod

Zaczęło się od tego, że dostałem w prezencie narty, super narty, tzw. plastiki, z kantami metalowymi i kijki aluminiowe!

Szczyt marzeń na tamte czasy! Wtedy były w użyciu normalne narty, drewniane, z zapięciem tzw. kandahar, z kijkami z bambusa i narty bez kantów, do jazdy na wprost dość dobre, ale do slalomu do niczego. A ja tu raptem z czymś takim! Szok na tamte czasy! Mieliśmy zajęcia w szkółce narciarskiej, które prowadził Pan Sojka, nauczyciel WF. Jeździliśmy na zjeździe narciarskim powyżej ul. Naftowej, który to notabene też budowaliśmy (dziś stoi tam wyciąg, wtedy szliśmy na piechotę pod górę) i na nieszczęście, na moje nieszczęście oczywiście – byłem o niebo lepszy na nartach jak pan Sojka! Niewybaczalne! Zgroza!!!

A jak zobaczył moje narty to zbladł i już nic więcej nie powiedział. Na razie. Następnego dnia w klasie przy wszystkich uczniach kazał mi wyjść na środek klasy i pyta: skąd masz te narty?

Dostałem - zgodnie z prawdą. Od kogo? Od wujka. (to był krewny ze strony ojczyma mieszkał w Rzeszowie, chodziliśmy razem na Moklik na nartach). A jak sie ten wujek nazywa, grzmiał dalej Sojka! Maślanka, zgodnie z prawdą odpowiedziałem. Klasa w ryk, Sojka w drzwi i go nie ma. Za chwile przylatuje z dyrektorem szkoły (mgr Dul), cały czerwony z wściekłości. No i całe przesłuchanie na oczach klasy. No i tego dla mojej rogatej duszy było za wiele, wypowiedziałem Sojce wojnę, ale po cichu. Przy każdej nadarzającej się okazji biłem go sromotnie podczas zawodów narciarskich, ale Sojka postanowił się zemścić i zaczął mi bez powodu obniżać stopnie, w dodatku znalazł sobie sprzymierzeńca w postaci pani Wojtkow, nauczycielki od rosyjskiego. Miałem z tym Sojką wiele większych i mniejszych potyczek, ale wiadomo, jako uczeń stałem na straconej pozycji.

Wujek Maślanka z Rzeszowa, od którego dostałem w prezencie słynne narty " plastiki”, będące solą w oku panu Sojce, nauczycielowi wf w Ustrzykach. Wujek trzyma Andrzeja, obok stoi mama i ja siedzę na barierce. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Wujek Maślanka z Rzeszowa, od którego dostałem w prezencie słynne narty ” plastiki”, będące solą w oku panu Sojce, nauczycielowi wf w Ustrzykach. Wujek trzyma Andrzeja, obok stoi mama i ja siedzę na barierce. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ale nadszedł dzień kulminacyjny; zbliżał się koniec roku i jest konferencja w pokoju nauczycielskim. Zobaczymy, kto na mnie najwięcej nadaje, pomyślałem sobie. I zrobiłem rzecz następującą: (autentycznie); przed rozpoczęciem konferencji zakradłem się do pokoju nauczycielskiego, jak jeszcze tam nikogo nie było i wlazłem pod stół, przy którym siedzieli wszyscy nauczyciele. Stół ten był przykryty zielonym grubym suknem, sięgającym do ziemi i był bardzo szeroki, tak, że miejsca miałem wystarczająco. Tak, więc konferencja się zaczęła, ja sobie w kucki siedzę pod stołem i nadstawiam uszu. Gadali długo i byle, co, ale mnie się nie nudziło, bo parę młodych nauczycielek z powodu upału nosiło mini, więc miałem fajne widoki. W końcu doszli do tematu Grabowski, no i się na dobre zaczęło! Sojka pierwszy, „ruska” za nim, parę nauczycielek mnie broniło, nie powiem, ale ogólnie atmosfera była gorąca, nie tylko z powodu temperatury. Nie wytrzymałem! Jakiś diabeł mnie podkusił i pięścią z całej siły jak nie rąbnę tę ruską” w stopę, aż zadudniło. A miała takie letnie otwarte buciczki! I stały prawie poziomo na podłodze! Wrzask nie do opisania, harmider i zamieszanie, pozrywali się jak oparzeni, krzesła poleciały na wszystkie strony, a ja wykorzystałem zamieszanie i wyskoczyłem na korytarz. To była reakcja spontaniczna, od której nie mogłem się powstrzymać, bez względu na konsekwencje, a one wiadomo nadeszły, bo, mimo że wyskoczyłem spod stołu jak z procy, ale mnie zobaczyli, kto taki.

Na rezultaty nie trzeba było długo czekać; wyrzucili mnie dyscyplinarnie ze szkoły bez prawa przejścia do następnej klasy, mimo że się nieźle uczyłem. Tak wiec 10 i 11 klasę oraz maturę robiłem w Lesku, maturę zdawałem tam w 1966 roku.

A tego, co w domu się działo, nie będę już opisywać…

Sekretarka i zazdrosny mąż

W Lesku pojawił się następny problem (tym razem nie dla mnie), bo zakochała się we mnie na zabój szkolna sekretarka, a miała męża. Jej mąż był kolejarzem w Zagórzu, zawiadowcą stacji – chyba. Latała za mną, nie miałem spokoju od niej. Nawet dość ładna była, chuda, sama niedawno tamto Liceum kończyła, tylko miała ten feler, że miała męża. Na imię miała Hanna dojeżdżała z Zagórza. Raz podczas randki zazdrosny kolejarz nas nakrył, ale na szczęście lepiej jak on biegałem i po ciemku mnie zgubił, a było już niebezpiecznie, zdaje się, że miał ze sobą kolegów, po ciemku i z szybkością dokładnie nie widziałem.

I znów ta sama procedura: dyrektor szkoły, matka, i przyrzeczenie, że będę ten sekretariat omijał. Jakoś skończyłem to Liceum (wtedy im. Karola Świerczewskiego). Tylko biedna Hanka chodziła dłuższy czas poobijana. A to kolejarski, damski bokser!

Rodzina w Chicago uniemożliwiła naukę w szkole oficerskiej

Potem po zdaniu matury starałem się o przyjęcie mnie do Szkoły Oficerskiej Wojsk Samochodowych w Pile. Wtedy nie były to jeszcze szkoły wyższe, były trzyletnie, po ukończeniu był stopień podporucznika i tytuł technika samochodowego.

Starałem się sie tam razem ze szkolnym kolegą, Heńkiem Uluszczakiem z Jankowic koło Leska, moim przyjacielem. Jego wujek był tam wykładowcą i już się widziałem oczyma wyobraźni Marszałkiem, co najmniej, ale marzenia się szybko skończyły, podczas rozmowy kwalifikacyjnej panowie z białymi otokami (WSW, Wojskowa Służba Wewnętrzna) szybko rozwiali moje marzenia, pytając, jak dziś to pamiętam, kim dla mnie jest, i tu nazwisko i imię, ten a ten zamieszkały w Chicago przy ulicy takiej i takiej. Był oczywiście to brat matki, wtedy okrutne to było przestępstwo, coś niewyobrażalnego dla kandydata na oficera! A dziś? Polska w NATO! Historia robi nam figle! Ale tak może i dobrze, że się tak stało, po latach to widzę inaczej, ale wtedy to była katastrofa dla młodego człowieka. Heniek Uluszczak skończył tą szkolą, ale marszałkiem nie został, wszystko jedno, dziś jest na emeryturze i prowadzi stacje obsługi pojazdów.

Kolega Heniek Uluszczak, który odwiedził mnie w czasie urlopu w szkole oficerskiej, i ja, zamieniliśmy się ubraniami, ja ubrałem się w jego mundur. Staraliśmy się jednocześnie do tej samej szkoły oficerskiej, mnie się nie udało z opisanych w tym artykule powodów. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Kolega Heniek Uluszczak, który odwiedził mnie w czasie urlopu w szkole oficerskiej, i ja, zamieniliśmy się ubraniami, ja ubrałem się w jego mundur. Staraliśmy się jednocześnie do tej samej szkoły oficerskiej, mnie się nie udało z opisanych w tym artykule powodów. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja potem wróciłem do Czarnej i tym razem to ja zakochałem się na zabój! Nazywała się Elżbieta B. i była polonistką w Czarnej Górnej. Ech, te nauczycielki, czego one człowieka nie nauczą! Niestety nasza znajomość się szybko skończyła, czego do dziś bardzo żałuję, ale widocznie los tak chciał.

Lata 60-te i górale z Podhala

W latach 60-tych przyjeżdżali, co roku masowo górale z Podhala wraz z owieczkami na wypas tychże owieczek. Przyjeżdżali na wiosnę, przywozili te owce wagonami kolejowymi do Ustrzyk Dolnych, to były całe składy kolejowe, cała masa tych owieczek i z Ustrzyk pędzili je na piechotę na bieszczadzkie połoniny. Szli częściowo drogą, częściowo polami, ale było to wydarzenie zawsze na skalę całego powiatu.

Drogi były wtedy ciężko przejezdne, bo zapchane setkami, jak nie tysiącami owiec, pędzili je juhasi mający psy do pomocy, owczarki, i zakładali swoje obozowiska na terenie Bieszczad wyznaczone im przez władze Zjednoczenia PGR. Bacowie natomiast zajmowali się organizacją tego wszystkiego, byli po prostu szefami. W tzw. bacówce, siedzibie Bacy można było w czasie wypasów kupić zawsze świeże mleko owcze, jak również tzw. żyntycę, czyli kwaśne mleko owcze, które mi bardzo smakowało. Ale również i inne ich produkty, bunc (ser owczy), oscypki (wędzone), lubiłem mieć kontakt z góralami z powodu ich zdrowego i nieskomplikowanego podejścia do życia.

Z jednym z nich się tez zaprzyjaźniłem, nazywał się Stanisław Łuszczek i pochodził z Ratułowej – po drugiej stronie Gubałówki. Gdy byłem już starszy i miałem motor, jeździliśmy razem na motorze na Podhale na 2, 3 dni, gdy miał coś pilnego do załatwienia, przy okazji zabieraliśmy do plecaka oscypki na sprzedaż. Było to paręset kilometrów, więc taka jazda była dość uciążliwa, tym bardziej, że wtedy były inne motory i inne drogi.

Ja w sankach góralskich u bacy Stanisława Łuszczka, w Ratulowie na Podhalu. Baca ten wypasał owce w Bieszczadach w okresie letnim. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja w sankach góralskich u bacy Stanisława Łuszczka, w Ratulowie na Podhalu. Baca ten wypasał owce w Bieszczadach w okresie letnim. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja, jako juhas, prowadzę redyk bacy Łuszczka, Bieszczady. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja, jako juhas, prowadzę redyk bacy Łuszczka, Bieszczady. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i moja ulubiona "MZ" 250, prod NRD , na tamte czasy szczyt marzeń. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i moja ulubiona „MZ” 250, prod NRD , na tamte czasy szczyt marzeń. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Razu pewnego pojechaliśmy z tymi oscypkami w stronę Tatr, dwa plecaki pełne oscypków, baca jeden plecak na plecach, ja drugi plecak na piersiach przed sobą. Baca potężny chłop, 100 kilo wagi, oscypki w plecakach tez w sumie z 50, i jedziemy.

Ależ chcieliśmy sobie skrócić drogę, z bacówki pojechaliśmy nie do najbliższego asfaltu tylko na przełaj przez pola i rzekę. Rzeka jak rzeka, ale zjazd i wyjazd dość stromy, po trawie. Ale co tam, gaz i jedziemy. Rezultat był taki, że przy wyjeździe pod górę z rzeki motor stanął dęba, bo baca z tylu przeważył i obaj polecieliśmy tyłem do rzeki, motor na nas, a oscypki pokryły to wszystko. I było po robocie. Część oscypków popłynęła z nurtem rzeki, motor się trochę połamał, a my obaj mokrzy z powrotem na piechotę na bacówkę. Ale to było raz tylko, normalnie już więcej nie jeździliśmy na skróty.

Przypomniał mi się jeszcze jeden „góralski” wątek. Jechaliśmy we trzech na motorze, ja kieruję, za mną baca, a z tylu na samym końcu juhas (motor miał siedzenie podłużne typu kanapa, motor Jawa). Pech chce – zatrzymuje nas milicja i jak się zatrzymałem, nie zapomnę, co baca powiedział do milicjanta: Pseprasomy wos panocku, ale na cwartego was nie zabieremy! Milicjant musiał być w dobrym humorze, bo ryknął śmiechem, juhas zlazł z motoru a my z bacą pojechaliśmy dalej. Kosztowało nas to parę oscypków i było po sprawie.

Ja, Pan Grzybowski, u którego mieszkałem na stancji w Lesku, i kolega ze stancji. Zdjęcie zrobione w Lesku na ulicy Grunwaldzkiej w kierunku na rynek, rok 1965. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja, Pan Grzybowski, u którego mieszkałem na stancji w Lesku, i kolega ze stancji. Zdjęcie zrobione w Lesku na ulicy Grunwaldzkiej w kierunku na rynek, rok 1965. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Teraz trochę o żonie Krystynie

Edward Baraniecki, Krysia, moja późniejsza żona, Danka i mama Kazimiera Baraniecka, Ustrzyki Dolne. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Edward Baraniecki, Krysia, moja późniejsza żona, Danka i mama Kazimiera Baraniecka, Ustrzyki Dolne. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Grupa dziewczynek wraz z księdzem, Krysia po środku z założonymi rekami, Ustrzyki Dolne. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Grupa dziewczynek wraz z księdzem, Krysia po środku z założonymi rekami, Ustrzyki Dolne. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Urodziła się w Bełzie, który był wtedy Polski, dopiero po akcji H -T Bełz wszedł w granice ZSRR. Żeby było śmieszniej, urodziła się tego samego dnia i miesiąca, co i ja, tylko trzy lata później. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero podczas załatwiania formalności przedślubnych.
A żeby było jeszcze śmieszniej, miała w dowodzie osobistym napisane w rubryce miejsce urodzenia dużymi drukowanymi literami: ZSSR! W Polskim dowodzie, urodzona w Polskim w 1951 r. mieście Bełz i z Polskich rodziców!

No, ale Stalin tak chciał, trudno, stało się, granice poprzesuwane, więc jedziemy do Ustrzyk Dolnych, które z Radzieckich stały się Polskie.

Gdy tylko stało się to konieczne, rodzina Krysi przenosi się do Ustrzyk Dolnych i zamieszkuje małe mieszkanko przy głównej ulicy miasta, niedaleko rynku.

Ojciec Krysi pracuje w mleczarni, jako magazynier, mama, jako gospodyni domowa, poza tym uprawia ogródek przydomowy. Cały dwupiętrowy budynek zajmują tacy sami przesiedleńcy z Bełza. Rodzina rozrasta się. Dwa lata później rodzi się siostra Danuta, następnie, gdy Krysia ma 10 lat, czyli w roku 1961 rodzi sie trzecia siostra Grażyna.

I tu następuje straszna, nieodwracalna katastrofa, która rzutuje na cale dalsze losy rodziny – podczas porodu mama Krysi umiera.

Mały szpital w Ustrzykach, są akurat Święta Wielkanocne, gdy sanitarka przywozi mamę Krysi do porodu. Pech, bo w Święta się chleje, a nie pracuje, wiadomo! Lekarz, który odbiera poród jest „świąteczny”, daje za dużą dawkę narkozy i młoda kobieta tego nie wytrzymuje. Nie budzi się już więcej, nie zobaczyła nawet swojej nowonarodzonej córki.

I tak mała dziesięcioletnia Krysia musi pełnić rolę matki, siostry i opiekunki ojca, który tego stresu nie wytrzymał i rozchorował się ciężko na serce. Do tego obowiązki szkolne.

Na szczęście po kilku miesiącach babcia (mama ojca Krysi) bierze noworodka Grażynę na wieś w okolice Zamościa i wychowuje ja aż do pełnoletniości, gdzie mieszka do dziś.

Ale opieka nad młodszą siostra Danką i chorym ojcem pozostaje na barkach Krysi na najbliższe kilkanaście lat, aż do zamążpójścia.

A „świąteczny” lekarz, któremu udowodniono winę, za „karę” został przeniesiony do innego szpitala, w większej jeszcze miejscowości (!) i nie powiedział nawet: przepraszam. Zrujnował kompletnie życie całej normalnej rodziny. A mama Krysi leży sobie na cmentarzu w Ustrzykach Dolnych.

Krysia zdaje w LO w Ustrzykach maturę, potem pracuje w wydziale komunikacji, jako urzędniczka, gdzie poznajemy się przy okazji załatwiania formalności związanych z przerejestrowaniem samochodu.

Dopiero znajomość z Krystyną doprowadza mnie do bliższego zainteresowania się przeze mnie religią i kościołem, zaczynamy razem chodzić na msze do kościoła, co było dla mnie wcześniej zupełnie nieznane.

W roku 1970 bierzemy ślub cywilny i kościelny, a po krótkim czasie opuszczamy na stale Bieszczady, wyjeżdżając na Śląsk. Konkretnie do Gliwic.

Kilka dodatkowych wspomnień na zakończenie tej historii

Jak zamknęliśmy milicjanta na komisariacie

Mój kuzyn mieszkający na stałe w Przemyślu, Jerzy Kratochwil, oraz jego kolega o nazwisku Pimpuś, odstawili swój samochód pod knajpę „Turystyczna” w Ustrzykach Dolnych i wypili, co nieco, nie mając zamiaru już dalej jechać, mieli zostać w Ustrzykach do następnego dnia.

Knajpa ta znajdowała się prawie naprzeciwko komisariatu MO, który tam jest chyba do dzisiaj. Ja akuratnie przejeżdżałem tamtędy, zobaczyłem ich auto, i zatrzymując się wszedłem do knajpy, bo nie widzieliśmy sie dawno. Jerzy z kolegą z uciechy walnęli jeszcze po secie, ja tylko oranżadę i postanowiliśmy, że ich zabiorę do hotelu, w którym mieszkali. Ale okazało się, że ktoś „uczynny” doniósł, czy też zadzwonił na milicję, że kierowca (Jerzy) pije i prawdopodobnie chce jechać i milicjant zrobił polowanie, a nie miał daleko, bo tylko przez ulicę, nie wiedząc o tym, że my, co innego mieliśmy w planie.

Sytuacja następująca: wychodzimy w trójkę z knajpy, ja z Pimpusiem wsiadamy do mojego samochodu, oczywiście ja za kierownicę, a Jerzy chcąc zabrać jeszcze papierosy ze swojego auta otwiera drzwi od strony kierownicy i schyla się. W tym samym momencie zjawia się milicjant, który się gdzieś zaczaił, a którego my nie widzieliśmy. Po krótkiej dyskusji z Jerzym, do której my z Pimpusiem też dołączyliśmy, milicjant każe iść mu na komisariat, na drugą stronę ulicy, twierdząc ze Jerzy chciał jechać. Ja i Pimpuś walimy też, dobrowolnie i solidarnie. Co dzieje sie dalej? Milicjant idzie przodem, potem Jerzy, Pimpuś i ja. Tak defilujemy na druga stronę ulicy, przez bramkę na teren komisariatu, poprzez dyżurkę i w prawo do pokoju milicjanta. Milicjant otwiera kluczami swój pokój, zostawia klucze w drzwiach zamka od zewnątrz (od strony korytarza), wchodzi do pokoju, my za nim, milicjant siada za biurkiem, a ja w jednej sekundzie dostaję olśnienia! W czasie, gdy milicjant wyciąga z szuflady biurka jakieś papiery, ja szarpie za rękaw obu, Pimpusia i Jerzego i pokazuję energicznie na drzwi. Obaj byli nie w ciemię bici i pokapowali błyskawicznie, o co mi chodzi. A to był jakiś odruch, ułamek sekundy. Zrobiliśmy w tył zwrot, w drzwi, i zanim władza się pokapował my byliśmy już na korytarzu, klucz w drzwiach, który cały czas tam sterczał przekręciliśmy dwa razy, zamykając milicjanta, klucz wzięliśmy do kieszeni, przez dyżurkę szliśmy jeszcze normalnym chodem, ale już na zewnątrz daliśmy gazu jak zające. Wskoczyliśmy do mojego samochodu i tyle nas widzieli. Pojechaliśmy oczywiście do mojego kolegi oblewać uwięzienie milicjanta. Po czasie okazało sie, że z tego powodu nie było najmniejszych nieprzyjemności czy innych problemów. Najprawdopodobniej milicjantowi wstyd było, że go zamknęliśmy w jego własnym biurze i nie nagłaśniał tej sprawy. Zaś auto Jerzego zabrał jeszcze tego samego dnia spod „Turystycznej” taksówkarz, którego o to poprosiliśmy.

Jak milicjant zamknął nas na komisariacie

Zaopatrzenie, wiadomo było w tamtych czasach marne. Się załatwiało, nie kupowało. Tak wiec załatwiliśmy z kolegą Kazikiem golonkę, parę sztuk, rarytas! Golonka do teczki, my do autobusu i w drogę do Czarnej. Tam mieliśmy czekać na traktor, który skądś tam wracając miał nas zabrać do PGR-u. Ale że było zimno, a czas się dłużył poszliśmy do gospody. Jedno piwko, potem drugie, Kazik miał w torbie flachę i się zrobiło wesoło. Tak bardzo wesoło, że ktoś dał znać na milicję, a w Czarnej też była i to niedaleko. I byłoby się wszystko grzecznie skończyło gdyby nie to, że Kazik wpadł w sekundzie na taki pomysł, że cala gospoda sie pokładała ze śmiechu. Wyciągnął z torby golonkę i udając, że to pistolet skierował ją w stronę milicjanta kopytem: „ręce do góry, bo strzelam”, przy tam się zataczając. Tego panu władzy już było za dużo. Za mną na komisariat! Po paru godzinach nas zwolnił, bo nie mieli tam izby wytrzeźwień, a sami szli wieczorem do domu.

Trochę to kosztowało, nie pamiętam już ile, ale wesołe wspomnienia zostały. Traktor oczywiście nie czekał i jak zaszliśmy wieczorem do PGR-u to było już ciemno a my trzeźwi.
No i część tej golonki też tam oczywiście została, podobno, jako dowód rzeczowy, ale czy prawda? Wątpię. Sama golonka wie to najlepiej, kto ja zżarł.

Kończąc wspomnienia z Bieszczad…

Na tym kończę moje wspomnienia z Bieszczadzkiego okresu, przygód miałem bez liku, ale nie wszystkie pamiętam, byłem niespokojnym duchem i ciągle się coś działo.

Napomknę tylko krótko, że kiedy w roku 1970 opuściliśmy z żoną Bieszczady, zamieszkaliśmy w Gliwicach, a w ślad za nami przybyła wkrótce jej siostra Danuta oraz ich ojciec.

Ja pracowałem całe moje zawodowe życie, jako kierowca dużych ciężarówek, mam za sobą 48 lat pracy w zawodzie, 20 lat w Polsce i 28 lat w Austrii, gdzie się przeprowadziliśmy wkrótce po stanie wojennym w latach 80 – tych.

Ja jako młody kierowca w PGR. Samochód Gaz 51 , prod . ZSRR , pierwowzór Lublina. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja jako młody kierowca w PGR. Samochód Gaz 51 , prod . ZSRR , pierwowzór Lublina. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i ten sam samochód Gaz 51 / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Ja i ten sam samochód Gaz 51 / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Krysia pracowała w Gliwicach, jako urzędniczka w Urzędzie Miejskim w Wydziale Architektury, potem w Austrii po przeszkoleniu i udoskonaleniu języka w szkole wyższej najpierw, jako referent potem, jako księgowa.

Ja będąc kierowcą, jeszcze w Polsce pracowałem w transporcie międzynarodowym, przejechałem Europe wzdłuż i wszerz wielokrotnie, dużo jeździłem do Azji (Irak, Iran, Syria, Kuwejt, Turcja) oraz północnej Afryki, do Libii gdzie Polacy tworzyli wtedy infrastrukturę, za czasów Kadaffiego i miałem nadzwyczaj ciekawą i urozmaiconą pracę, też dobrze płatna.

M.in. byłem w Teheranie w czasie wybuchu rewolucji (Szachinszach Pahlavi / Hommeini), w Iraku zastał mnie wybuch wojny miedzy Irakiem a Iranem. To są tysiące wspomnień i niebezpieczeństw.

W Austrii na początku byłem też kierowcą w transporcie międzynarodowym, potem, aż do emerytury, kierowcą transportu ciężkiego (nadgabaryty), to była praca przeważnie nocą, ze względu na wymiary tychże transportów.

Obecnie jesteśmy oboje na emeryturze, dużo podróżujemy, dzieci są dorosłe i mieszkają od dawna osobno.

Na koniec zacytuje motto Jana Gerharda, jakże prawdziwe, z książki pt. „Łuny w Bieszczadach”:

Losy ludzkie są wąskie i kręte, jak drogi i ścieżki w Bieszczadach, lecz zawsze los jednego człowieka jest zależny od losu drugiego człowieka!

Pozdrawiam, L. Grabowski.

Wspomnienia spisała i zredagowała Lidia Tul-Chmielewska

Porozmawiajmy o Bieszczadach!
Dołącz do grupy Bieszczady.Land na Facebooku



Bądź na bieżąco!
Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.