„Wilcze Echa” mają już 50 lat! Poznaj 5 ciekawostek z planu bieszczadzkiego westernu

Fot. Reprodukcja z książki Bruno O’Yi „Przepraszam, czy pan jest aktorem?”

Fot. Reprodukcja z książki Bruno O’Yi „Przepraszam, czy pan jest aktorem?”

14 kwietnia 1968 r. to dzień premiery jednego z pierwszych polskich westernów, który nakręcono w Bieszczadach. Dziś można sobie tylko wyobrazić jakie poruszenie wzbudziły m.in. w Ustrzykach Dolnych gwiazdy filmu „Wilcze echa”: Bruno O’Ya, Irena Karel czy Marek Perpeczko. A co działo się na planie?

 

1. Reżyser narzekał na bezludzie i wysokości

Reżyserem filmu „Wilcze echa” był Aleksander Ścibor-Rylski, który świetnie zdawał sobie sprawę z tego, jakie wyzwanie go czeka. – Ile nas będzie kosztowało trudu stworzenie na tym bezludziu bazy technicznej? I na tej wysokości? – narzekał jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć…

Większość scen kręcono w Ustrzykach Dolnych przy ul. Nadbrzeżnej, w sąsiedztwie rzeki Strwiąż, na ekranie widzimy też m.in. cerkiew w Hoszowie. Do najtrudniejszych ujęć z pewnością należały jednak plenery na Połoninie Wetlińskiej. Wszystko dla znakomitego efektu. – Chciałem stworzyć jakiś polski odpowiednik westernu – z dynamiczną akcją, brawurowymi przygodami, strzelaniną, galopadami końskimi i to wszystko na tle surowego bieszczadzkiego krajobrazu – podkreślał reżyser. Jak zapowiedział, tak zrobił!

2. Bruno O’Ya został… pobity

Dla estońskiego gwiazdora Bruno O’Yi, nie wszystkie wspomnienia z planu filmu „Wilcze echa” były miłe. Szczególnie scena gdy jego bohater jest przesłuchiwany. Przywiązany do krzesła aktor niewiele miał do powiedzenia, gdy jego kolega,  grający bandziora, zaczął go okładać. Początkowo markował ciosy. Gdy jednak uznano, że wygląda to nienaturalnie, postanowiono zrezygnować z udawania. – Rekwizytor szybko wystarał się o gipsowy pancerz który włożono mi pod koszulę, na koszulę nalano trochę farby, na to wciągnięto jeszcze jedną koszulę i byłem gotów – wspominał w swojej książce Bruno O’Ya. Reżyser jeszcze przypomniał Estończykowi żeby grał duży ból. Co było po klapsie? – Pierwsze uderzenie spadło na moje plecy. Gdyby nie to, że byłem przywiązany, chyba bym ze złości oddał cios. Krzyknąłem „stoop”. Z gardła wydobywały mi się jakieś nieartykułowane dźwięki – wspomina tą scenę aktor. „Dobrze Bruno, a ty daj mu jeszcze, trochę mocniej, jeszcze, dobrze…” – usłyszał od reżysera. – Z bólu łzy ciekły mi ciurkiem, byłem cały mokry. Po jakimś czasie, nieprzytomny prawie, z ulgą stwierdziłem, że na dziś koniec bicia. Asystent reżysera chciał zdjąć gipsowy pancerz, ale na podłogę wysypał się z koszuli biały proszek, a mnie oddano w ręce lekarza.

 

3. Aktorom przeszkadzały „laguszki”


Nie zabrakło także zabawnych, choć kłopotliwych wspomnień. – Kręciliśmy właśnie jedną z ostatnich scen w „Wilczych echach”, w której miałem przewieźć na koniu przez rzekę swoją partnerkę, Irenę Karel. Wybrano od tego celu bardzo płytkie miejsce. W pewnej chwili poczułem, że koń mój bardzo niezadowolony zaczyna się wiercić, rży, w końcu stanął w miejscu i zaczął przebierać przednimi nogami. Myślałem, że może go zdenerwował nasz ciężar – opowiadał Bruno O’Ya. Kiedy aktor zszedł z konia poznał prawdziwą przyczynę. „Laguszki” – krzyknął do zdenerwowanego przerwaniem sceny, asystenta reżysera. „Jakie laguszki do jasnej cholery, my tu mamy plan do wykonania, a ty mówisz o jakichś tam laguszkach” – usłyszał w odpowiedzi. – „Jak to jest po polsku… takie, co skaczą, zielone, no wiesz… one tu skaczą, a mój koń przestraszony nie chce dalej iść” – tłumaczył Estończyk. Oczywiście okazało się, że winne są … żaby. Te, od tej pory, musiały być przed każdym ujęciem rozganiane. Zdaniem odtwórcy głównego bohatera, ucierpiało na tym nagranie. – Scena ta nie wyszła tak romantycznie, jak było w scenariuszu. Na filmie było widoczne, że pędzimy przez wodę bardzo czymś zaaferowani – skwitował.

 

4. Gwiazdora „oszkalowano” w prasie

Mimo, że za przystojnym Brunem, w tamtych czasach wodziła oczami większość przedstawicielek płci pięknej, miał on swoje kompleksy. Wyszły one na jaw przy okazji jednej z publikacji poświęconej gwiazdorowi, który właśnie pracował na planie filmu „Wilcze echa”. W lokalnym „Widnokręgu”, napisano, że Bruno ma 2,07 m wzrostu. Oburzony tą informacją aktor zrobił w ekipie awanturę. Co więcej – chciał odmówić występu przed kamerą do czasu sprostowania tych danych. – Mam 2 metry i ani milimetra więcej – podkreślał.

 

5. Jak chorąży Słotwina uciekł ze stadionu

Bruno O’Ya nie tylko wspaniale wyglądał, ale mógł też poszczycić się pięknym głosem. W filmie akurat go nie usłyszymy, bo dubbingował go Bogusz Bilewski – taką okazje mieli za to mieszkańcy Bieszczadów. Gwiazdor zagrał kilka publicznych recitali przy akompaniamencie gitary. Szczególnie pamiętny – przynajmniej dla niego okazał się jeden z koncertów na stadionie w Ustrzykach Dolnych.

– Niewiele brakowało, żeby w ogóle nie było tej historii. Jakiś hochsztapler i awanturnik przyjechał z Warszawy i obiecał miejscowym ludziom, że za „dobre pieniądze” przywiezie na stadion do Ustrzyk Dolnych Czterech Pancernych i Psa. Już dobre parę godzin przed imprezą w Ustrzykach panował wielki ruch. Zjeżdżali się ludzie z Sanoka i całego okręgu, a nawet z Rzeszowa było kilka autokarów z kibicami „pancernych” – opowiadał Bruno O’Ya na łamach swojej książki „Przepraszam, czy pan jest aktorem?”. Jak nietrudno się domyśleć, nie przyjechał nawet Szarik. Uratować sytuację miał właśnie Estończyk.

– Upał był niesamowity, a ja w mundurze chorążego Słotwiny, w filmie „Wilcze echa” zakończyłem kolejne ujęcie, mokry – a i mój koń także – z wysiłku. Nagle ujrzałem na planie kierownika produkcji, który o czymś rozmawiał z reżyserem filmu Ściborem-Rylskim. Za chwilę obaj podeszli do mnie: „Bruno, musisz dać koncert, Coś śpiewać, mówić…”. „Kiedy” – zapytałem. „Zaraz. Już posłaliśmy człowieka po twoją gitarę” – usłyszał aktor.

Gwiazdor, w stroju swojego bohatera, wziął więc gitarę i pełnym galopem ruszył ku widzom. – Wjechałem na stadion, gdzie powitał mnie owacyjnie kilkutysięczny tłum. […] Całe szczęście, że pozostałem na koniu: trudno by mi było odeprzeć napór tłumu. Nawet koń mimo swoich czterech nóg miał niejakie trudności z utrzymaniem równowagi – wspominał O’Ya.

Aktor dał 30-minutowe show, które przyjęto gromkimi brawami. Nie zdążył jednak odetchnąć. – Podszedł do mnie jakiś człowiek i przepraszając wziął ode mnie mikrofon, myślałem, że chce mi podziękować za występ w imieniu organizatorów i widzów. Mężczyzna miał niski i przyjemny głos, który echem obleciał cały stadion i chyba całe Ustrzyki Dolne. „Panie Bruno, wszystko to bardzo piękne, co pan mówił i śpiewał, ale chciałem o coś zapytać: dlaczego pan uwodzi moją córkę?!” Osłupiałem. Widziałem go po raz pierwszy w życiu i nie miałem pojęcia, o co mu właściwie chodziło – opowiadał w swojej książce O’Ya. Na szczęście widzowie potraktowali to jako zaplanowaną część występu. Aktor jednak czym prędzej…uciekł ze stadionu. – Wystraszyłem się, że nagle wszyscy ojcowie zaczną zgłaszać do mnie pretensje o swoje córeczki – podsumował sytuację. Mieszkańcy mają pewnie milsze wspomnienia z tego występu…

 

wilcze echa - plakat filmu

 

Więcej o bieszczadzkich filmach w artykule:
5 kultowych filmów kręconych w Bieszczadach

Porozmawiajmy o Bieszczadach!
Dołącz do grupy Bieszczady.Land na Facebooku



Bądź na bieżąco!
Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.