Tutaj mój dom, moje życie, czyli jak to Górale zakochali się w Bieszczadach

Zofia Zubek - sołtys wsi Strzebowiska od ponad 20 lat /fot. archiwum

Zofia Zubek - sołtys wsi Strzebowiska od ponad 20 lat /fot. archiwum

Bieszczady to kraina, która kruszy nawet najtwardsze serca i potrafi oczarować takich twardych ludzi, jak drwale czy właśnie górale.

Ludzkie losy wpisane w historię

Po II wojnie światowej, na skutek przeprowadzonej Akcji Wisła, Bieszczady uległy znacznemu wyludnieniu i dewastacji. W latach 1945-1946 część osób pochodzenia ukraińskiego wysiedlono do ZSRR, a w 1947 r. przesiedlono na tereny zachodniej i północnej Polski większość pozostałej ludności. Od tego czasu Bieszczady stały się obiektem zabiegów władz państwowych zmierzających od ich ponownego zasiedlenia i zagospodarowania.

Rabia Skała / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Rabia Skała / fot. Lidia Tul-Chmielewska

W wyniku osadnictwa żywiołowego, a następnie systematycznie prowadzonej latami akcji osiedleńczej, na miejsce dawnej ludności, która była mieszanką etniczno-wyznaniową, ukształtowało się stosunkowo jednolite społeczeństwo polskie. Obecnie podstawowy trzon mieszkańców Bieszczadów stanowi:

  • ludność pochodzenia miejscowego, która nadal w Bieszczadach pozostała lub z czasem tam powróciła;
  • rodziny repatriantów polskich przybyłych z ZSRR;
  • osadnicy rolni oraz robotnicy leśni i państwowych gospodarstw rolnych, wywodzący się z różnych okolic kraju, przede wszystkim jednak z przeludnionych i ubogich wsi woj. krakowskiego i rzeszowskiego;
  • tzw. ludność „lubelska”, z okolic Sokala i Hrubieszowa, przybyła w Bieszczady w 1951 r. na skutek wymiany granicznej pomiędzy Polską i ZSRR;
  • uchodźcy greccy, należący do emigracji politycznej, która po 1950 r. zmuszona była opuścić Grecję i szukać schronienia w krajach tzw. demokracji ludowej;
  • pracownicy służby leśnej, zdrowia, oświaty oraz wszelkich innych placówek usługowych, a ponadto;
  • tatrzańscy i podtatrzańscy pasterze, przybywający w Bieszczady corocznie, w okresie sezonu letniego ze swymi stadami owiec i bydła.

Tak więc obecni mieszkańcy Bieszczadów stanowią zbiorowość złożoną, wywodzącą się z różnych środowisk regionalnych i społeczno-kulturowych. (Etnografia Polska – E. Biernacka)

Ja, jako juhas, prowadzę redyk bacy Łuszczka, Bieszczady. / fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

fot. Archiwum Lesława Grabowskiego

Bacowie, juhasi…

Lata 60-te to próby ponownego zasiedlania Bieszczad, w tym także w Strzebowiskach (Strubowiskach). Rozpoczynano zasiedlanie między innymi od górali podhalańskich, spiskich, limanowskich, którzy tutaj wypasali sezonowo owce. Górale niekoniecznie byli zainteresowani osiedleniem się tutaj na stałe. Bieszczady były dla nich sezonowym miejscem pracy, a na zimę wracali do swoich domów w Tatrach. Jednym z wyjątków, była niewątpliwie rodzina bacy Macieja Zubka z Ratułowa, pow. nowotarski. Maciej Zubek i dwóch dorosłych synów (wszyscy bacowie) prowadzili swoje bacówki w Strubowiskach, Wetlinie i Krzywym. W roku 1961 Maciej Zubek zakupił w Strubowiskach kilkanaście ha ziemi, wynajął obory PGR-owskie w Krywem i tam zamieszkał wraz z synami, trzymając owce w stajniach. Podobną próbę osiedlenia się podjęli wraz z Zubkiem K. Wyroba oraz J. Staszel z Ratułowa (Wyroba w Strubowiskach, Staszel w Krywem). Zubkowie jednak związali się ze Strzebowiskami. Wojciech Zubek (syn Józefa), z żoną Zosią najpierw wypasali owce w Łopience. Zosia wychowywała tam najstarszego syna – Stanisława. Potem osiedlili się w Strzebowiskach, a Zosia jest obecnie sołtysem Strzebowisk (źródło: historia Strzebowisk – internet).

Ślub Zofii i Wojciecha Zubków /fot. archiwum rodziny

Ślub Zofii i Wojciecha Zubków /fot. archiwum rodziny

Zofia i Wojciech Zubek – umiłowali właśnie te góry

Jak wyglądało życie w Bieszczadach od strony rodziny górali? Jakie były początki, dlaczego mimo ciężkich warunków, tutaj zostali? Zapraszam na rozmowę z jednymi z pierwszych osadników, górali podhalańskich, którzy umiłowali Bieszczady. Pani Zofia i Wojciech Zubek ze Strzebowisk.

Lidia Tul-Chmielewska: Pani Zosiu, jak się tutaj pojawiliście, jaki wasz początek historii życia w Bieszczadach?

Jestem w Strzebowiskach od 32 lat. Najpierw pojawił się mój ojciec, który przyjechał 1956 roku. Wówczas wypędzano górali z pasienia owiec w Tatrach, a ojciec miał taką halę no i podzielił losy innych. Był bacą, więc chciał dalej bacować. Gospodarka była taka, że zachęcano górali do bacowania w Bieszczadach właśnie. Tutaj było mnóstwo dobrych terenów i tak ojciec zaczął pociągiem przywozić, jak inni, barany. Ciężko było, nas było już kilkoro rodzeństwa w domu, trudno było tak zostawiać na kilka miesięcy rodzinę. A była możliwość kupienia tutaj ziemi wraz z budynkami gospodarczymi, to kupił ojciec ziemię na Krzywym (k. Cisnej) ze starymi budynkami – stajniami po parku konnym.

Tam były stare budynki, które zajmował ojciec z braćmi moimi, na spółkę z inną rodziną, także górali. Wówczas ojciec zabrał w Bieszczady starsze rodzeństwo, które do szkoły chodziło tutaj do Monasterca. Nie wiem czemu tak daleko, że aż taki kawał drogi stąd. Wtedy było tak, że jak już tutaj ojciec zamieszkał, to mógł sobie wybrać halę do wypasu. No i wybrał sobie tutaj najbliżej, bo na Łuhu. Na Jaworcu był ktoś inny, na Łuhu mój ojciec. Po śmierci ojca w 1966 roku, przejęło bacowanie starsze rodzeństwo, które już tutaj mieszkało.

Zosia Zubek (po prawo) na ganku starego domu /fot. archiwum

Zosia Zubek (po prawo) na ganku starego domu /fot. archiwum

Wówczas ja, w 1974 roku, po zakończeniu szkoły, także przyjechałam w Bieszczady. Byłam wtedy z rodzeństwem tutaj przez dwa lata. Wtenczas starszy brat się ożenił, ja troszkę jeszcze byłam potem w Zakopanem – tam pracowałam – wyszłam tam za mąż. Jednak ciężko było, zarobki słabe, urodziłam w 1980 roku pierwsze dziecko. Jeden z braci tutaj pozostał w Bieszczadach i mieszkał w Wetlinie w PGRze. To on mnie namówił, bym przyjechała wraz z mężem i dzieciakiem w Bieszczady mieszkać i pracować. Była praca i mieszkanie w PGR. Dobre zarobki, dużo lepsze niż w Zakopanem, gdzie pracowałam.

Decyzja zapadła. Zamieszkaliśmy w PGRze. Zarabiałam pięć razy tyle, co w Zakopanem. Ale praca była straszna. Nie dla kobiety wręcz. To był rok 1981. Owszem dostałam mieszkanie, to był miesiąc wrzesień. Ale w maju wywieźli mnie do Łopienki. Dostaliśmy barakowóz, tysiąc baranów pod opiekę w trójkę: ja, mąż i jeden juhas. Ja z dzieciakiem małym, musiałam kupić krowę, by było dziecko czym karmić. I tak w tym barakowozie żyliśmy aż do października. Później wróciliśmy do PGRu. Był to jednak czas, że PGRy pomału się rozsypywały. W międzyczasie chciałam gdzieś coś kupić, ale tak by nie trzeba było brać kredytów, które tutaj chętnie na zakup gospodarstw dawano. Jakoś z domu wyniosłam, żeby kredytów nie brać. Trafiliśmy w poszukiwaniach w końcu do Strzebowisk. Gospodarstwo 15 ha, dwa budynki. No i zdecydowaliśmy się kupić to gospodarstwo, był to rok 1984. Wtedy byłam w ciąży już z drugim dzieciakiem. Przenieśliśmy się tutaj do Strzebowisk i powiem, że łatwo nie było. Nie było tutaj nic. Nawet studni, którą sami musieliśmy kopać, by mieć wodę. Było naprawdę ciężko. W stajni mieliśmy bydło i owce, my mieszkaliśmy w maleńkim baraku – takiej lepiej wyglądającej szopie. Mieliśmy juz troje malutkich dzieci, czasy się zmieniły, pogorszyły się warunki życia. Wtenczas męża wysłałam do pracy za granicę, bo nie dawało jednak końca z końcem powiązać. Tylko dzięki ciężkiej pracy, sprzedaży bydła i pracy męża za granicą, pomału zbudowaliśmy dom.

Sianokosy /fot. archiwum

Sianokosy /fot. archiwum

Kobiecie w tamtych czasach było znacznie gorzej w Bieszczadach?

Nawet nie chce się opowiadać, bo trudno w obecnych czasach sobie to po prostu wyobrazić. Było bardzo ciężko. Życie ratowała nam krowa, która nas karmiła, ja na plecach siano dla niej przynosiłam. Potem dorobiliśmy się konia, to już było łatwiej, czy coś przewieźć, czy pojechać. właściwie całe gospodarstwo i dzieciaki musiałam ogarniać sama, bo mąż za granicą. Tutaj dróg nie było, ani sklepów blisko, dodatkowo zostałam wtedy sołtysem, więc i nowe obowiązki doszły. Matko. Jak spojrzę na to teraz, to nie wierzę ile człowiek może przejść. Jak sobie wspomnę, to teraz mi się wierzyć nie chce, że znajdywałam czas wtedy na spotkanie jeszcze z sąsiadką, czy odwiedzić znajomych.

Wrócę do tematu wypasu owiec. Jak było z tą Łopienką, bo tyle się mówi o góralach, którzy owce w cerkwi trzymali…

Wypasaliśmy na górnych łąkach, a barakowóz stał przy starej bacówce, która stała tak, jak się idzie do tej Matki Boskiej, co na pniu stoi. W barakowozie miałam wszystko, piec, lampę gazową, łóżka. Taki mini dom. Ale tutaj, jak siedzę, powiem tak – nie jest prawdą, że górale trzymali owce w ruinach cerkwi. Nie prawda. My górale jesteśmy bardzo wierzący i nigdy by nam nie przeszło przez myśl, by zbezcześcić miejsce święte. Wiem, kto zapędzał tam owce. Pan ze Stężnicy – on tam trzymał owce. To widzieliśmy. My sami chodziliśmy na Łopienkę i sami widzieliśmy, co tam się dzieje. Tam były same już ruiny. Snopkami z sianem zabezpieczaliśmy wejścia do tych ruin, by owiec tam nikt nie zapędzał. To był rok 1981. Krzaki na murach. Straszny to widok był.

archiwum

archiwum

Mieliście pod opieką na wypasie wtedy tysiąc owiec. Wilków się nie baliście?

Nie. Mieliśmy trzy bardzo dobre psy. Wilk nie miał szansy podejść. Owszem przychodziły, kiedyś psa jednak nam pogryzły, ale pies się wylizał z tego i był jeszcze gorszy na wilki.

Jesteście twardym ludźmi, jak to górale, ale nie mieliście nigdy zwątpienia w sobie. By to wszystko wtedy rzucić i wracać w Tatry?

No nie. Tutaj mąż był od dziecka, wrósł w tę ziemię, bo przyjeżdżał z innymi bacami na wypasy owiec. Tak zarabiał sobie, jako dzieciak, bo w domu lekko nie miał. No to i mnie już się wrosło w tę ziemię, to cała nasza historia jest. Powiem tak, łatwo nie było, ale ja bym się w Zakopanem nie widziała. Tutaj nasz dom, nasze losy, tyle lat ciężkiej pracy, ale dorabiania się własnymi rękoma. Nie ma, czego żałować i jest dobrze. Tutaj spokojniej, jest inaczej.

A tutaj, w Strzebowiskach, dużo mieszkało wtedy sąsiadów obok?

Mieszkał już Szociński, Szymalowie, Spychały. Ja byłam z gospodarzy tutaj, jako ostatnia, która przyszła. Oni już tutaj mieszkali, też budowali od podstaw wszystko. A co było tutaj piękne, wszyscy nawzajem sobie pomagaliśmy. Byliśmy zdani jeden na drugiego. Ja jak przejmowałam sołectwo 20 lat temu to w Strzebowiskach było 12 gospodarstw i dwie leśniczówki. Teraz jest aż 110 właścicieli działek, a numerów domów jest 50.

Sianokosy /fot. archiwum

Sianokosy /fot. archiwum

A jak to było z Zubowem?

Jaśka Zubowa znałam od czasu, jak byliśmy jeszcze na Łopience. Przyjechał tam ze swoją żoną i z psem. Przyjechali do Łopienki, tak turystycznie. Chcieli tam sobie rozbić namiot. Gdzieś przy nas. Ostrzegłam, że nie ma problemu, ale psa muszą pilnować, bo nasze psy od owiec, pieska im zagryzą.  Pies się nazywał Kłeło, co po kaszubsku znaczy rower. A to stąd, że dzieci go przywiozły na rowerze, pies został i nazwa też. Jak zobaczyłam Jaśka na tej Łopience… jaki to był przystojny mężczyzna.  Wysiadł z auta w czarnym długim płaszczu, niesamowity wygląd. Żonę Marię też miał niezwykłej urody. Byli tam z cztery dni. Jaśka wtedy poznałam, a potem spotkałam go ponownie po wielu, wielu latach, pod sklepem w Kalnicy. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że tak stoczył się, że nie miał domu, że znalazł się w Bieszczadach bez pieniędzy i dachu nad głową. Popłynął chłop. Ja go ledwie poznałam. To nie był już ten przystojny mężczyzna, a wrak człowieka. Powiedział, że idzie zima, a on nie ma gdzie mieszkać. No to mu zaproponowałam, by zamieszkał u nas. Ja jeszcze wtedy miałam nasz stary dom, bo my już przenieśliśmy się do nowego, ale stary jeszcze dobry był. Bardzo się ucieszył. No i zamieszkał. Powiem tak, jak Jasiek nie pił, było dobrze. Obiad dostał, ciepło w domu miał.

Rzeźba Janusza Zubowa /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Rzeźba Janusza Zubowa /fot. Lidia Tul-Chmielewska

On siedział i rzeźbił, ale jak tylko miał pieniądze, to pił na umór. Sprowadzał wtedy jakiś znajomych. Kiedyś go naszłam, jak spał, a na środku drewnianej chałupy palnik z butlą gazową, na niej w garnku woda, która już prawie wyparowała, a na górze domu – siano.  Oj ostro się zrobiło. Zabrałam mu tę butlę z gazem. Nie pozwoliłam na taką lekkomyślność i nieodpowiedzialność. Miał piec, miał drewno, wystarczyło tylko napalić. Wszystko mogło pójść z dymem przecież. Jasiek się ogromnie obraził na mnie. Powiedział, że ja mam mu nie dyktować i nie rozkazywać, co ja mam robić. Mówiłam, prosiłam, że wszystko tutaj drewno, siano, jak pożar to bez dachu zostaniemy nad głową, że nieszczęście ściągnie. To on powiedział, że nie musi tutaj być. I zabrał się i wyprowadził. I tak się wyniósł. Potem mieszkał gdzieś na Majdanie, w starych stajniach od parkowych koni. Miał 50 lat jak się zapił na śmierć. Wielu tutaj takich było, że wolność im rozum odbierała, jedni się dorabiali ciężką pracą, inni zarabiali, ale wszystko przepijali. Do tej pory jeszcze są tutaj tacy, co wyszli po przysłowiowe mleko i nie wrócili do swoich domów, a lądowali w Bieszczadach. Niedawno córka mająca 40 lat odnalazła swojego ojca na Żubraczym. Dziwne losy – czasem dziwnych ludzi. Ot, Bieszczady i ich historia, prawdziwa.

Gospodyni (Zosia Zubek) przy swojej kuchni /fot. archiwum

Gospodyni (Zosia Zubek) przy swojej kuchni /fot. archiwum

By wspomnienia rodziny Zubków były kompletne, należało posłuchać, jak pan Zubek widział swój pobyt tutaj od początku. Zastałam pana Wojciecha w drewnianej komórce, cieplutkiej, dłubiącego w drewnie wieszak, na którym miało być umocowane piękne poroże.

Oto wspomnienia Wojciecha Zubka

Jak to było w tych Bieszczadach?

Ja juhasowałem mając 7 lat, w Bieszczadach wcześniej przy dziadku, na Łuhu. Później przy braciach Zosi – tak ją wtedy poznałem. Ja tutaj byłem na wakacjach u dziadka przy owcach w 1957 roku. W Tatrach zabrano pod Park Narodowy tereny, a 120 tysięcy owiec nie miano gdzie paść. Pierwszy wówczas odważny – Szyszka – przyszedł z owcami tutaj z Zakopanego, na piechotę. Później już przyszło koleją jeździć. W przyszłości podpatrzono górali i wymyślono tutaj Igloopole, którym się zamarzyło wypasać owce. To się tak nie da. Trzeba się przy owcach urodzić, na owcach się znać. Ani PGR ani Igloopol nie podołali. Z tamtego okresu pamiętam niezarośnięte Bieszczady, pełno stojących pustych chałup, pola niepozarastane. Piękne tereny. Nawet ziemniaki w ziemi były, co prawda przerośnięte i zarośnięte, ale niewykopane. Pasłem w Tworylnym, Wydrnem, Paniszczewie, Horodku. Wtedy szykowali pod zalew tereny. Pamiętam wszystkie te wsie, całą równinę Horodka. Piękne to były tereny. Tutaj byliśmy od maja do października. Potem wracaliśmy do Zakopanego.

Sianokosy /fot. archiwum

Sianokosy /fot. archiwum

Dawaliście radę w takich srogich i bezludnych Bieszczadach?

No my górale, przy owcach prawie urodzeni. Nauczeni do gór. Czemu by nie dać? Były początkowo straszne problemy z wilkami, dawały się we znaki, takie rozzuchwalone były. No, ale dobre psy, palenie ognisk, pilnowanie – jakoś radę musieliśmy dać. My odpowiadaliśmy za te owce. To były owce rolników, myśmy je paśli, a oni wtedy mogli sianokosy robić, by na zimę siano było.  Mój dziadzio w 1952 roku wypasał owce na Wetlinie. Wtedy to schronisko budowali, przerabiali z placówki wojskowej, a widziałem wtedy koło źródełka były żłoby dębowe, gdzie pojono bydło, więc wypasy tutaj były od dawnego czasu.

A dlaczego wybraliście by zamieszkać, właśnie Bieszczady?

(śmiech) Ja tutaj od dziecka, Zosia prawie też od dziecka, to jakby w domu od początku. Tutaj były tereny do zagospodarowania, możliwości osiedlenia. Łatwo, co prawda nie było. Po ślubie, jak tutaj przyjechaliśmy, to prace mieliśmy w PGR w Wetlinie. Też wypasaliśmy owce. Ale upadały już pomału PGRy. Nie było skupu wełny, wszystko przestawało się opłacać. Nie brano sera, wszystko szło na marne. Jeszcze do tej pory w niektórych rejonach są wypasy – np. w okolicach Komańczy jest góral osadnik, który do tej pory przywozi owce i robi tutaj wypasy.

Czy górala nie ciągnie w wyższe góry?

Nie. Skąd, nam tutaj jest dobrze. Owszem jeździmy na Wszystkich Świętych, czy na wesela, albo pogrzeby. A tak? Nie ciągnie nas tam. Ja lubię chodzić po lasach, nie ma tutaj aż tyle ludzi, można poza sezonem sobie samotnie pochodzić. Lubię z rogów robić jakieś wieszaki, ozdoby.

Wieszak z poroża ( w trakcie tworzenia) - rękodzieło Wojciech Zubka

Wieszak z poroża ( w trakcie tworzenia) – rękodzieło Wojciech Zubka

Jako małżeństwo poukładaliście sobie życie tutaj. A proszę powiedzieć, co takiego było w tych Bieszczadach, że ciągnęli tutaj różni mężczyźni, np. jak Zubow, i zapijali swoje życie?

Zubow, miał dom na Kaszubach, wykształcony, żona piękna, a przetracił swój los, przepił swoje życie. Tutaj było zapotrzebowanie na ręce do pracy, każdy mógł dostać zakwaterowanie. Z pracy w lesie pieniądze były dobre, czasem można było dostać mieszkanie nie tylko w hotelu robotniczym, ale wręcz dom. Ale, tych pieniędzy nie było nawet jak wydać, a jedyną rozrywką były spotkania w barze. Wielu mężczyzn zostało, jak powychodzili z więzienia w Łupkowie. Tutaj pracowali, rodziny im się rozleciały i tak zostali, bo nie mieli tam gdzieś, do czego wracać. Szedł taki do pracy do lasu, nie patrzyli w papiery, byle by ręce do pracy były. Stąd taka tutaj baza ludzi umarłych dla społeczeństwa.

Wielu także zostało, tych, co zasiedlano Bieszczady, na siłę wręcz, ludziom dając tutaj pola, domy. To był straszny błąd. Przyjeżdżali ludzie skuszeni dobrą ofertą, dobrymi pożyczkami. Ale ludzie nie mieli kompletnie pojęcia o rolnictwie. Nie mieli z czego spłacać kredytów, uciekali stąd. Co tutaj się działo nieraz. Płacz i zgryzota. Potem już kredyty na gospodarstwo mógł dostać ten, co miał papiery, że rolnik, bo ten, chociaż miał, jakie takie pojęcie jak pracować na roli. A tutaj ziemie nie przyjazne do upraw. Ciężko, długie zimy.  Wielu takich było, co brali pożyczki, ogromne pieniądze, i potrafili przegrać w pokera – jest nawet taka książeczka „Poker na Połoninie”. Tak facet nie wiedział, co z takimi pieniędzmi robić, że jak jechał taksówką, to w jednej on, a w drugiej jego kapelusz. Tacy tutaj osadnicy też byli (śmiech). Później w maleńkiej budce mieszkał.  Potem z Bieszczad uciekł. Wielu w późniejszych latach przyjeżdżało z pieniędzmi. Konkretnymi. Kupowali ziemię, budowali domy. Tutaj było długo taniej niż gdzieś indziej w Polsce. Obecnie jest wiele takich ludzi, co to tutaj budują, ale nie zimują, wyjeżdżają stąd po sezonie. Bieszczady nie były łatwym czy lekkim kawałkiem chleba i nadal nie są. Zaczynaliśmy nasze gospodarowanie samodzielne w Bieszczadach od 5 owiec i jednej krowy. To było wówczas ciężko, nie powiem. Trzeba było za granicę jeździć by dało się przeżyć. Dorobiliśmy się konia, to było łatwiej wtedy z transportem jakimkolwiek. Z roku na rok, było coraz więcej owiec, krów, jeszcze się opłacało. Potem już nie opłacało się hodować.

Praca i praca, a czy jakaś przyjemność z tych Bieszczad?

No, a jak. Lubię tutaj chodzić po tych lasach, górach i to na długie trasy chodzę. Mam siedemdziesiątkę na karku, ale nadal jak idę to po kilkanaście godzin. Chodzę z Duszatyna, Chryszczatą, Przełęcz Żebrak, Jawornik, Hon i do Cisnej. Oj wiele tras robię. Ale trzeba tutaj pamiętać, żeby przede wszystkim brać wodę. Bo tutaj wody w górach nie ma. To nauka na przyszłość dla każdego. Takie moje ostrzeżenie.

A gdyby tak zaproponowano tutaj ponownie hodować owce, byłby pan chętny?

Ojjjj, już nie. To tyle lat. Chyba nie. No może… jakby wróciły te dobre czasy. Ale człowiek już lata ma, to i sił by brakło. Zostały mi na pamiątkę papiery i książeczki. Ale z tymi papierami o kwalifikacjach to też tutaj bywały historie. Był kiedyś taki tutaj, że niby weterynarz. Miał jakoś z 10 owiec. I przychodzi do mojej Zośki i pyta ile to owca nosi ciążę? (śmiech). No to sobie myślę – ładny z ciebie weterynarz. No i padły mu dwie krowy i jeden koń. Na chorobę bieszczadzką. Wie pani, co to za choroba?

…?

Brak paszy… Tak tutaj nie jeden gospodarował, nie mając pojęcia o tym, że zima długa, bydło zjada tyle i tyle, więc trzeba się zabezpieczyć. W gazetach zachęcano – „przyjeżdżaj w Bieszczady”. No to jechali. Tyle, że nie każdy świadomy pracy na gospodarce. Jak ktoś ze wsi, to jeszcze dawał radę, ale najgorsi byli ci z miasta, bo popatrzyli, że piękne tereny, pomyśleli kupią konia, będą kowboić. Ale koń też jadać musi, a zimą trawy nie ma. Oj bieda im była bieda.

Spacerem po Lipowcu / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Spacerem po Lipowcu / fot. Lidia Tul-Chmielewska

A znał się pan z Lutkiem Pińczukiem?

Z Lutkem???? Ha!!!! I to jak!!! Poznaliśmy sięm jak Lutek jeździł na Buku końmi parkowymi, chyba to było w 1965. Lutek miał smykałkę do turystyki, do jakiegoś baru, kiełbasek. Próbował w różnych miejscach. Ciągle go skądś wyganiali. Dopiero wziął się za to schronisko na Wetlińskiej. Tam wszystko było tak zdewastowane, bez drzwi, okien.  Biedny Lutek, nosił tam na plecach z dołu cegły i deski. On też nic nie miał. Sam wszystko robił, gdy inni się śmiali. Potem miał już konia Erata. To na tym koniu był słynny ślub, z Urszulą, gdzie szli z Połoniny aż do Cisnej do kościoła. Oj ciężko miał ten Lutek. Zarabiał początkowo na soku – sprzedawał sok z wodą na Połoninie, to tak z tego łatał to Schronisko. Ja murowałem tam dyżurkę GOPRU, robiłem ławy, prycze. Oj, z Lutkiem poznaliśmy się wtedy bardzo dobrze, niejedną noc przegadaliśmy. Lutek do teraz ciągle jakieś plany ma. Ze trzy lata temu jak mu robiłem garaż, to mi pokazuje, że tutaj by trzeba było ogrodzić i by sobie hodował daniele. Wyperswadowałem mu pomysł, że daniele zimą śniegu nie jadają, a on lata ma i skąd siana nabierze. Przyznał rację i nie ma danieli (śmiech).  Lutek to bardzo ciekawy człowiek. Mało kto wie, że Lutek uwielbiał jeść surowe pstrągi. Oj to były piękne czasy.

Nie zamieniłby pan tego miejsca na inne?

Gdzie tam… tyle życia tutaj. Choćby mi pałac dawali, nigdzie bym już nie mieszkał, tylko tu.  Tutaj mój dom, moje życie.

Bieszczady to kraina, która kruszy nawet najtwardsze serca, która potrafi oczarować takich twardych ludzi, jak drwale czy właśnie górale.

Porozmawiajmy o Bieszczadach!
Dołącz do grupy Bieszczady.Land na Facebooku



Bądź na bieżąco!
Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.