Przyroda jest układem tak bardzo dynamicznym, że błędem jest próba utrwalenia jej na wzór muszki w bursztynie

Adam Szary / fot. archiwum prywatne Adama Szarego

Adam Szary / fot. archiwum prywatne Adama Szarego

Rozmowa z Adamem Szarym – botanikiem, pracownikiem naukowym Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jest on autorem książek poświęconych miejscowemu światu roślin, takich jak: „Tajemnice bieszczadzkich roślin” czy „Bieszczadzkie motywy roślinne”.

Publikacje Adama Szarego mają charakter etnobotaniczny, są, bowiem połączeniem wiedzy o roślinach z różnymi aspektami duchowej kultury i materialnej tradycji. Autor opisuje związki człowieka ze światem dzikich roślin na konkretnych przykładach, ze szczególnym uwzględnieniem ich zastosowania w regionalnej kuchni, ludowej medycynie, gospodarstwie domowym i magiczno-religijnej obrzędowości, a także wskazując na żywotność roślin w literaturze, poezji i sztuce. Ogniskuje się na świadomości ludów zamieszkujących Karpaty i Podkarpacie, w szczególny sposób uwzględniając tradycję bieszczadzkich Łemków i Bojków.

Adam Szary / fot. archiwum prywatne Adama Szarego

Adam Szary / fot. archiwum prywatne Adama Szarego

Lidia Tul-Chmielewska: Adamie, skąd zamiłowanie do biologii?
Adam Szary: Biologia, jako nauka o życiu jest kierunkiem poszukiwań zorientowanych na jedną z największych tajemnic naszego istnienia, a zarazem daje sposobność do kontemplacji tej tajemnicy w każdym miejscu, bo wszędzie przecież otacza nas życie: trawa pod nogami, ptak na parapecie, mucha na stole…. Biologia doskonale wpisuje się w penetrowanie naszej egzystencji poprzez szeroki kontekst istnień, jakie nam towarzyszą i przez zgłębianie naszego do nich stosunku…

A jak rozwijały się twoje pasje?
We wczesnej młodości chciałem być weterynarzem. Wybrałem technikum hodowlane, w dalszych planach zamierzając studiować weterynarię. Szkoła o takim profilu była dla mnie, mieszczucha, pociągającą egzotyką – w tamtych czasach szybko jednak odsłoniła też drugie, mniej ciekawe dno. Przechodząc praktyki w PGR-ach, gdzie dało się odczuć totalny marazm i degrengoladę, doszedłem do wniosku, że to jednak nie to…

Praca ze zwierzętami nie była tym, czego w życiu szukałeś?
Wybrałem studia filozoficzne, ale zabrakło mi punktów. Dziś wiem, że to było tchnienie Opatrzności. Wtedy właśnie zmuszony zostałem do nowych poszukiwań. Chłopak, który nie dostał się na studia, w czasach komuny był od razu zgarniany przez wojsko. Od tej służby reklamowała praca w kopalni, szpitalu czy szkole. Zgłosiłem się więc jako pielęgniarz do szpitala psychiatrycznego, ale mnie wyśmiano, bo miałem przecież tylko dyplom hodowcy zwierząt. :) Przypadek sprawił, że otrzymałem etat nauczyciela, gdyż były wówczas kadrowe deficyty w tym zawodzie. Nie trzeba było mieć nawet ukończonych studiów – wystarczyła matura. Uczyłem więc biologii, odkrywając z czasem, że praca z młodzieżą to coś wspaniałego, bo stwarza ciągłe wyzwania. Uczy przełamywania sztywnych szablonów i twórczego podejścia do nauki, kształtuje empatię i ciekawość życia. A przede wszystkim daje sposobność do odkrywania nowych światów – nie tych galaktycznych, ale tych, które są obok nas, bo przecież każdy człowiek to odrębny kosmos.

Wybrałeś kierunek biologii?
Biologia stała się dla mnie doskonałą płaszczyzną, na której mogłem rozwijać coś głębszego – swoją osobistą relację do ludzi i do świata. Na studiach byłem zdecydowany zostać nauczycielem. Wybrałem Katedrę Geobotaniki, by móc w przyszłości przybliżać młodym ludziom to, co nas zewsząd otacza. I choć w szkole dane mi było przepracować zaledwie dwa lata, bardzo miło ten czas wspominam. Do dziś uważam, że praca nauczyciela to jedno z najbardziej kreatywnych zajęć – pod warunkiem, że nie damy się sformalizować i będziemy sami żyli tą ciekawością świata, którą chcemy zaszczepić uczniom. W moim życiu odczytałem jednak inne wyzwanie.

Przeznaczenie?
Tak, wierzę w szczególny rodzaj przeznaczenia, rozumianego nie w kategoriach fatum, lecz zakresu zadań i wyzwań, jakie zostały przed nami postawione. Każde takie odczytanie kolejnego kursu życia przypomina odkrywanie nowego lądu, żeglowanie na fali niewiadomego i wyciąganie wniosków z tego, co już o sobie wiemy. Dlatego staram się nie odczytywać przeszłości przez pryzmat sukcesów i porażek. Bo wszystko to, co już zaistniało, można obrócić zarówno ku złu, jak i ku dobru. Każdy rozdział życia daje sposobność do przemyśleń. A jednym z tych wniosków jest przeświadczenie, że jestem przez Kogoś prowadzony. Tak, mogę bez wahania powiedzieć, że najważniejsze punkty w moim życiu nie były w ogóle planowane.

Skąd Twoja praca w BdPN?
Wszystko zaczęło się w latach 90-tych, kiedy pracowałem w krakowskim instytucie PAN. Wtedy to właśnie, jako asystent znanego fitosocjologa prof. Stefana Michalika, przez kilka lat jeździłem na badania botaniczne w Bieszczady. Opisywaliśmy i kartowaliśmy tutejszą roślinność. Góry te znane mi już były wcześniej ze studenckich wypraw i od młodości moim marzeniem było w nich zamieszkać. Zauroczyły mnie te bezkresne lasy – obraz natury nieskażonej cywilizacją, dzikie doliny wypełnione tajemnicą historii, no i połoniny dające poczucie wolności. Od samego początku zafascynowali mnie też tutejsi ludzie – serdeczni, otwarci i tacy autentyczni…

I okazało się, że los się do Ciebie uśmiechnął?
Wielką niespodzianką była dla mnie chwila, gdy Dyrektor BdPN zaproponował mi tutaj pracę – nie zastanawiałem się ani przez chwilę. Trochę brakowało mi dawnej atmosfery szkolnej czy instytutowej. Znalazłem się jednak wśród bardzo przyjaźnie nastawionych ludzi w pracy i w całym lokalnym środowisku. Szybko uświadomiłem sobie, że poza Bieszczadami nie potrafiłbym się już nigdzie odnaleźć.

Czym zajmujesz się w Parku?
Zakres moich obowiązków jest dość szeroki – od badań i monitoringu roślinności, przez planowanie zadań ochronnych i robotę papierkową aż po dydaktykę, kiedy przyjdzie mi czasem wspomagać nasz dział edukacyjny. Szczególnie męcząca jest biurokracja, która wkrada się dziś wszędzie. Jednak nużące zajęcia rekompensuje bezpośredni kontakt z roślinami i z ludźmi (po drodze zwierzęta też się czasem trafią). :)

Opiszesz nieco bliżej swoją pracę?
Ostatnio dużo czasu pochłania mi monitoring, który polega na zakładaniu powierzchni badawczych. Miejscami widać je w górach – w postaci ogrodzonych kwadratów, innym razem słupków rozmieszczonych w lesie czy na łące. Tutaj co kilka lat powtarzane są tzw. zdjęcia fitosocjologiczne, które zawierają m. in. dokładny opis gatunków z uwzględnieniem zajmowanych przez nie powierzchni. Porównanie takich zapisów daje sposobność wyciągnięcia wniosków, co i w jakim tempie zmienia się w tutejszej roślinności – oraz jakie czynniki mają na to wpływ. Z kolei w zakres pracy edukacyjnej wchodzi prowadzenie wykładów, zajęć terenowych i popularyzacja nauki w różnych wydawnictwach.

Jak godzisz pracę naukową ze sferą duchową?
Praca badawcza nie miałaby dla mnie większego znaczenia, gdyby nie przekładała się na sferę duchową (a przynajmniej nie była z nią ściśle związana). Człowiek często popada w jakąś pychę, gdy traktuje swe zajęcie po prometejsku, przypisując sobie misję uszczęśliwiania ludzkości. Pod tym względem jestem głębokim sceptykiem – nawet najbardziej cenione dziś kierunki nauki, które przekładają się na poprawę naszego bytu i lepsze rozumienie świata, w istocie nie przynoszą ludzkości szczęścia.

Bo klucz do osiągnięcia tej wewnętrznej radości jest wewnątrz każdego z nas, nie na zewnątrz. Nie neguję wartości rozwoju cywilizacji i poznawania tajników przyrody. Chcę tylko zwrócić uwagę, że tak naprawdę to, czy żyje nam się wygodniej i bezpieczniej, albo czy wiemy o naturze więcej niż nasi przodkowie, stawia nas przed kolejnym dylematem: czy potrafimy czerpać z tego radość i obracać te osiągnięcia ku dobru?

Co to znaczy „obracać coś ku dobru”?
To podstawowy sens naszego życia, który ma wiele wymiarów. Pierwszym jest kontemplacja starożytnej triady: Prawdy, Dobra i Piękna. Czy potrafię się cieszyć tym, co najmniejsze, co wyrasta mi spod stóp, każdego dnia na nowo to odkrywając? Czy zdziwienie odkrywaną Prawdą daje mi motywację, by wciąż na nowo się rodzić – i po dziecięcemu stawiać niczym nieskrępowane pytania? Czy to wszystko przemienia mnie wewnętrznie, usposabiając mnie do dawania siebie drugiemu? Czy skłania mnie do otwierania okien na inne światy wewnętrzne?

Słucham Ciebie i zastanawiam się, jak godzisz w sobie naukę z wiarą? Przecież czasem te dwie sfery się wzajemnie wykluczają.

Przez lata wmawiano nam, że muszą się wykluczać, ale jest wręcz przeciwnie. Człowiek okrojony z ważnej sfery, która stanowi rdzeń jego życia i pragnienia, nie może być szczęśliwy. A pozorny konflikt wiary z nauką bierze się najczęściej z opacznego pojmowania wiary, która nie jest ani systemem wierzeń czy doktryn, ani samą tradycją czy tym bardziej wiedzą. Wiara to rodzaj duchowego ukierunkowania człowieka na rzeczywistość, która jest przed nami zakryta. Ukierunkowania z ufnością na „Twarz Innego” – jakby powiedział Emmanuel Levinas.

Przez „Twarz Innego” wchodzę w świat żywej relacji z Bogiem i Człowiekiem. Staje się to często drugim wymiarem kontaktu z przyrodą, którą można traktować niczym scenę i rekwizytornię teatru. Natura nie stanowi wartości ostatecznej, ale jest nam dana jako wciąż nas zadziwiające i nieskończone medium do ciągłego wnikania w rdzeń Transcendencji. Tak jak kwiaty ofiarowane kobiecie nie miałyby wartości bez kontekstu relacyjnego, tak natura pozbawiona żywego podmiotu staje się tylko chaotycznym splotem niezrozumiałych zjawisk.

Żyjemy w tym „tajemniczym ogrodzie” nie po to, by go konsumować (obojętnie czy mamy tu na myśli konsumpcję fizyczną czy estetyczną), ale by szukać w nim Podmiotu wszystkich zdarzeń i rzeczy. Dlatego pełnią życia jest dla mnie ciągłe odczytywanie tej przedziwnej Obecności w każdym zachwyceniu nad tutejszym pięknem i w zdumieniu nad jego harmonią.

Czy to, co robisz, daje Ci satysfakcję? Czy szukasz jeszcze w sobie odpowiedzi na niezadane pytania?
Gdybym zaprzestał stawiania sobie coraz to nowych pytań i szukania odpowiedzi, znaczyłoby to, że umarłem – przynajmniej w zakresie duchowym. Ale nie robię tego dla samej satysfakcji. Satysfakcja jest dla mnie zbyt powierzchownym uczuciem. Oczywiście ona mi również towarzyszy, ale nie może stanowić głównego napędu życiowego. Satysfakcja tym się różni od spełnienia, czym pożądanie od pragnienia (w sensie duchowym tych pojęć). Gdy czegoś pożądamy, każde osiągnięcie celu daje tylko przemijającą satysfakcję – często tak krótką, że nawet nie potrafimy się nią cieszyć. Inaczej jest z pragnieniem – ono pozwala nam żyć szczęściem mimo tego, że celu nie osiągamy, bo jest bardzo odległy, albo znajduje się całkowicie poza naszym zasięgiem.

Bardzo to wszystko rozległe, wręcz nieziemsko…
Czy jesteśmy sobie wyobrazić kres kosmosu? Nie. A mimo to astronomowie nie ustają w zgłębianiu wiedzy o coraz dalszych galaktykach, tworząc też kolejne modele wszechświata, których nigdy nie będziemy w stanie zweryfikować empirycznie. Podobnie jest z życiem duchowym: nie potrafimy sobie wyobrazić Boga i każde Jego wyobrażenie okazuje się tylko kolejną formą antropomorficzną. Jednak całe nasze pragnienie nastawione jest na zgłębianie Jego obecności. Mimo, iż za każdą odpowiedzią stoi dziesięć kolejnych pytań, nie zniechęca nas to do dalszych poszukiwań, bo już samo postawienie pytania zbliża nas do obecności Ukrytego. Ten paradoks rozciąga się również na sferę przyrody: każde zadziwienie nad życiem rośliny, zwierzęcia czy całego ekosystemu jest jakimś dotknięciem Transcendencji.

Słuchając Ciebie, zastanawiam się nad Twoją sferą duchową. Gdzie lokujesz swoją nadzieję?
Kiedyś czytałem, że świat przyszłości przyniesie zespolenie wiary i wiedzy w jedno. Myślę, że była to tylko kolejna sztuczka retoryczna, która po czasach płytkiego i bezkrytycznego materializmu miała przedstawiać wiarę w kategoriach naturalistycznie pojmowanego optymizmu. Tymczasem optymizm jest przeciwieństwem nadziei i wynikiem kompletnego niezrozumienia, czym w istocie jest wiara.

Przyrównując to do teatru, optymizm zatrzymuje się na samej dekoracji sceny, mówiąc: „to jest cała rzeczywistość – wystarczy usiąść i jeść z tego drzewa, które zapewni ci szczęście”. Nadzieja sięga znacznie głębiej, do ukrytej ISTOTY dramatu. Nie daje tak łatwych rozwiązań, odsłaniając przed nami nieskończony horyzont i zadając pytanie: „czy chcesz podążać ku Nieznanemu, czy wolisz zadowolić się samą sceną?” Nadzieja zawsze daje dyskretny wybór, w którym zawarta jest obietnica, że jeśli wyruszę w tę drogę, odnajdę prawdziwy sens – i nie będę sam.

Optymizm krzyczy: „nie umrzesz, będzie dobrze!” Nadzieja szepcze: „wszystko to marność nad marnościami, bo i tak przejdziesz przez bramę śmierci – ale śmierć nie jest ostateczna, wygra Dobro”. Istotą wiary jest to, że Dobro ma wymiar osobowy, dlatego piszę je z dużej litery. Zasadnicze pytanie, jakie możemy sobie w życiu stawiać, nie dotyczy natury bytu czy zjawisk – ale ich przesłania. Co ten byt lub zjawisko do mnie mówi? Do czego mnie wzywa? I właśnie przez pryzmat tych pytań patrzę na całą przyrodę.

Pierwszy raz w życiu rozmawiam z biologiem z takim bogactwem wiedzy duchowej. Mam nadzieję, że pojawią się jeszcze na rynku nowe Twoje publikacje?
W tej chwili pracuję nad kluczem do łatwego rozpoznawania bieszczadzkich roślin – tzn. bez znajomości karkołomnych terminów dotyczących morfologii i anatomii. Wbrew pozorom nie jest to takie proste, ale gdy przetestujemy to na młodzieży, zobaczymy, co z tego wyjdzie. W przyszłości chciałbym też przełożyć swoje obserwacje z „krainy dolin” na popularyzację tego fascynującego fragmentu bieszczadzkiej przyrody. Tutejsze doliny stanowią szczególny rodzaj zderzenia (czy może raczej spotkania) człowieka z naturą – i biologii z historią. Znając roślinność łatwiej odczytywać historię tych miejsc, bo rośliny są często jak żywa księga opowiadająca o tym, co się w różnych miejscach działo…

A teraz troszkę z botaniki. Mamy unikalną roślinność w Bieszczadach, jakie to gatunki?
Unikalność jest pojęciem względnym, budowanym często na naszym pojęciu „ważności” lub „rzadkości”. No bo jeśli gatunek jest bardzo rzadki, ale obcego pochodzenia, to i tak pozostanie niechcianym intruzem – nawet gdyby jego kwiaty powalały z nóg. :) Jeszcze bardziej skomplikowana jest sprawa z uznaniem botanicznej wartości wśród roślin rodzimych. Czy gatunek ginący z powodów naturalnych (np. naturalnej sukcesji, zmiany klimatu itp.) powinien być przez nas namnażany i celowo w naturalne środowisko wprowadzany? Od lat zadaję sobie to pytanie, bo w Parku zajmujemy się takimi działaniami, wchodzącymi w zakres reintrodukcji.

Rozmnażając np. rosiczkę okragłolistną, turzycę skąpiokwiatową czy mieczyka dachówkowatego, wprowadzam wyhodowane siewki w ich potencjalne siedliska, gdzie kiedyś rosły. Traktuję to jednak bardziej, jako rodzaj zachowania pewnych reliktów dla potomności, niż jako „misję ratowania świata”. Przyroda jest układem tak bardzo dynamicznym, że wielkim błędem jest każda próba utrwalenia jej na wzór muszki w bursztynie. Musimy z pokorą przyjąć wiele zmian, jakie wokół nas zachodzą. Uznać, że jedne gatunki wymierają, inne na naszych oczach powstają. Ale do rzeczy, bo pytałaś o ciekawe rośliny – myślę, że warto tu je podzielić na kilka grup:

wschodniokarpackie (tj. takie, które nie występują w Karpatach Zachodnich, przez co pozwalają odróżnić florę Bieszczadów od Beskidów, Tatr, Gorców czy Pienin) – jest ich ok. 30 gatunków. Ostatnio botanicy wyszczególnili wśród nich aż 14 endemitów (to takie rośliny, których nie spotkamy nigdzie indziej poza Karpatami Wschodnimi) – np. pszeniec biały, tojad bukowiński, goździk kartuzek skalny czy lepnica karpacka;

Pszeniec biały / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Pszeniec biały / fot. Lidia Tul-Chmielewska

wysokogórskie (ponad 70 gatunków), do których należą taksony alpejskie (występujące w najwyższych partiach) np. widoczne przy szlakach: prosienicznik jednogłówkowy, pięciornik złoty, kostrzewa niska – i subalpejskie (związane z niższą strefą połonin) np. fiołek dacki, goździk skupiony, ciemiężyca biała, pełnik alpejski;

Goździk skupiony / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Goździk skupiony / fot. Lidia Tul-Chmielewska

dysjunktywne (tj. gatunki wykazujące przerwę w zasięgu geograficznym) – występujące np. w Bieszczadach i Tatrach (m. in. bażyna rozdzielnopłciowa, zawilec narcyzowy), Bieszczady-Pieniny (np. irga zwyczajna), Bieszczady-Gorce (np. chaber miękkowłosy), czy Bieszczady-Beskid Sądecki (np. widlicz alpejski);

Chaber miękkowłosy / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Chaber miękkowłosy / fot. Lidia Tul-Chmielewska

rzadkie i chronione W Bieszczadach mamy 38 gatunków objętych ochroną ścisłą i 51 objętych ochroną częściową. Wśród tych pierwszych pojawia się np.: ciemiernik czerwonawy, arnika górska, tojad wschodniokarpacki, a wśród chronionych częściowo: goryczka trojeściowa, groszek wschodniokarpacki, lulecznica kraińska;

Ciemiernik czerwonawy / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Ciemiernik czerwonawy / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Goryczka trojeściowa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Goryczka trojeściowa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

rośliny „naturowe” (z listy Natura 2000), czyli gatunki chronione na mocy dyrektyw unijnych np.: rzepik szczeciniasty, tocja alpejska, dzwonek piłkowany;

Dzwonek piłkowany (Caryńskie) / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Dzwonek piłkowany (Caryńskie) / fot. Lidia Tul-Chmielewska

rośliny rzadkie szczególnej troski – rośliny wyszczególnione w planie ochrony Bieszczadzkiego PN, jako gatunki rzadkie, ginące i wymagające wzmożonych działań ochronnych, np.: czeremcha skalna, zerwa kulista, różeniec górski, bażyna czarna, podejźrzon księżycowy;

rośliny występujące tylko w Bieszczadach – to wszystkie gatunki endemiczne dla Karpat Wschodnich (obecnie uznano, że jest ich 14), np. ostróżka wschodniokarpacka, lepnica karpacka, goździk kartuzek skalny, pszeniec biały, tojad wschodniokarpacki, tojad bukowiński, tojad wiechowaty;

Goździk kartuzek skalny / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Goździk kartuzek skalny / fot. Lidia Tul-Chmielewska

rośliny „kulturowe”, związane z różnymi wierzeniami i obrzędami w Bieszczadach -€“ tutaj można by wymienić długą listę, liczącą kilkaset gatunków (opisałem je w „Tajemnicach bieszczadzkich roślin”), ale ograniczę się do przykładów najbardziej sztandarowych: smotrawa okazała, chaber miękkowłosy, barwinek mniejszy, a wśród drzew i krzewów: jawor, jesion, osika, lipa, kalina.

Adamie, jak Ty to wszystko zapamiętujesz, rozpoznajesz?
Z pamięcią zawsze miałem spore problemy – zwłaszcza z tą szczegółową, analityczną, na której bazuje taksonomia roślin. Dlatego w dokładniejszym oznaczaniu zdany jestem na ciągłe wspomaganie się kluczami. Na ogół jednak gatunki rozpoznaje się przez takie ogólne „opatrzenie”. To jest coś podobnego, jak ze znajomymi twarzami, których twarz rozpoznajemy bez świadomego analizowania mimiki czy znaków szczególnych.

Na koniec odpowiedz mi na pytanie: czy jak idziesz na łąkę, to widzisz ją w tych niezliczonych nazwach traw i kwiatów?
Niekoniecznie. Jeśli prowadzę badania, to oczywiście muszę do tej łąki podejść analitycznie. Ale najbardziej lubię na nią patrzeć ponad tym mrowiem szczegółów – widząc ją jako swoistą całość, przez którą mówi do nas coś znacznie głębszego. Kwiecista łąka jest nagminnie powtarzającą się wizją w relacjach z pogranicza śmierci. Cały nasz duchowy język oparty jest na świecie zewnętrznym – na znanych nam zjawiskach i obiektach przyrody. Osoby, które przeżyły śmierć kliniczną, opisują często, że po przejściu tunelu znaleźli się właśnie na słonecznej łące pełnej kwiatów. Myślę, że to jeden z najgłębiej utrwalonych obrazów szczęścia.

Przebiśniegi / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Przebiśniegi / fot. Lidia Tul-Chmielewska


Bądź na bieżąco!
Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.