Dzikie brzegi Zalewu Solińskiego docenione przez bieszczadzkich samotników

Ukochana Sanna Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Ukochana Sanna Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Dobrze zagospodarowane i turystycznie oblegane zachodnie oraz północne brzegi Jeziora Solińskiego całkiem odbiegają od wschodniej strony tego zbiornika. To do dziś tereny prawie bezludne, słabo dostępne, idealne dla tych, którzy tak prawdziwie pragną dzikości, oddechu od cywilizacji, w nielicznym towarzystwie.

Te walory doceniło dwóch bieszczadzkich samotników – Henryk Viktorini i Krzysztof Bross. O ile Viktorini pojawił się w Bieszczadach w 1955 roku, jako młodzieniec pełen zapału i romantycznej fantazji, o tyle Bross w Bieszczady przyjechał będąc mężczyzną w mocnej sile wieku, jak na kompletną zmianę życia budząc zdziwienie.

Obaj zamieszkują w pewnej odległości od siebie, chociaż początkowo ich losy się zbiegły.

Malownicze stożki i kiczerki

Skupimy się na miejscu na południe od Zatoki Teleśnickiej – jest to najpiękniejsze miejsce, jeśli chodzi o krajobrazy. Od wschodu zobaczymy strome ukształtowanie Stożka (695 m n. p. m.), charakterystycznie ozdobione kilkoma kopkami – kiczerkami. Pośrodku szerszej części Jeziora zobaczymy Wyspę Skalistą. Bezludną całkowicie – raj dla wędkarzy.

Na południowy wschód od wyspy zobaczymy Półwysep Brossa i kilka jego samotnych zabudowań.

Półwysep Brossa fot. Lidia Tul-Chmielewska

Półwysep Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Jest to fragment dawnej wsi Teleśnica Sanna, która w całości znalazła się pod wodami zalewu. Tutaj dotrzeć można tylko łodzią, przez ląd lasem to ponad 6 km, jednak droga jest w fatalnym stanie, nawet nienadająca się dla aut terenowych.

Konie na Teleśnicy, Sanna / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Konie na Teleśnicy, Sanna / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Inżynier z huty „Katowice”

Bross w Bieszczady przyjechał ze swoją Anią kilka dni po ogłoszeniu stanu wojennego. Był to grudzień 1981 roku. Zniechęcony miejskim gwarem i przytłoczony innymi sprawami, które niekoniecznie były mu po drodze. Przyjeżdżając tutaj w przeszłości na polowania, rozkochał się w ciszy, w prostocie i w romantycznym podziwie. Stwierdził, że to jest miejsce właśnie dla niego. Mając 40 lat odmienił swoje życie całkowicie. Postanowił tutaj rozpocząć nowe etap, jako pionier i hodowca owiec. Walka z biurokracją, urzędnikami zajęła mu kilkanaście lat. Walczył o tę ziemię, o prawo mieszkania i uprawiania jej. Przez wiele lat dzierżawił teren pod uprawy oraz możliwość wypasu owiec. Były to jednak umowy krótkoterminowe i nie gwarantowały one możliwości rozwoju gospodarstwa. Nie dawały możliwości i przywilejów zakupów maszyn rolniczych, które mogli kupić jedynie właściciele gospodarstw. Bross pukał do niejednych drzwi urzędniczych, by ukochana i wymarzona Sanna mogła stać się jego już na zawsze. Po kilkudziesięciu latach zmagań urzędniczą korupcją i niechęcią Bross wreszcie staje się właścicielem ziemi, na której postawił dom.

Konie u Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Konie u Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Osadnik z własnej woli

O ile w Bieszczadach w latach 50-tych i 60-tych pojawiali się wszelkiego rodzaju osadnicy, jedni z konieczności, bo przesiedleni, inni z wyboru, pozostali tutaj nieliczni. Tym, którzy podołali trudnemu życiu w bieszczadzkiej rzeczywistości należy się pełne uznanie. Bross, jako mężczyzna czterdziestoletni, przywiózł tutaj swoją Anię – pełen wiary w urok tego miejsca – ufając przeświadczeniu, że jak się czegoś bardzo chce to można i się uda. Życie pisało własny scenariusz, niekoniecznie mając na uwadze, czego by Bross chciał. Z czasem romantyzm zaczął przeradzać się w prozę, wizja blasku księżyca w wodach zalewu, coraz mniej oczy cieszyła, zwłaszcza ukochaną Brossa.

Bross i jego ukochany koń / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Bross i jego ukochany koń / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Powieść jak z filmu, tyle że scenariusz napisało samo życie, a spisał go Bross
Kiedy pierwszy raz przeczytałam książkę „Burza nad Sanną” – Krzysztofa Brossa wypożyczoną z biblioteki, czytałam ją w jeden dzień – ba! właściwie jeden wieczór i kawałek nocy.

Przekopałam się przez bogactwo Internetu w poszukiwaniu powyższej książki, by ją mieć wyłącznie dla siebie i nic. Nigdzie Brossa nie było. Wtedy to zapadła decyzja, że do Brossa trzeba jechać… Ale jak? Bo jeśli pisze prawdę (książka to wyjątkowy pamiętnik) – to lądem ponad 6 godzin przez lasy, albo wodą.

Brossa poznałam kiedyś na jakimś Zakapiorskim spotkaniu – a mówi, że był tylko na dwóch, więc miałam szczęście. Siedział sobie spokojnie gdzieś w kącie, z dala od wszystkich. Trzymał dystans. Może, dlatego nie miałam „odwagi” zakłócić mu swoją osobą tego jego „miru”, jakim jest Sanna.

W grudniu pojawiła się informacja, że Bross wznowił swoją książkę. Teraz już wreszcie mogłam stać się nabywcą, a i nasunęła się okazja, by umówić się na spotkanie z Brossem – jednym z najtwardszych ludzi w Bieszczadach. Dlaczego najtwardszych? Kto nie był u Brossa, nie zobaczył jak żyje, od czego zaczynał (polecam lekturę jego wspomnień Burza nad Sanną), – zrozumie czym jest „twardy” człowiek.

Brossowa kłódka / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Brossowa kłódka / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Spotykamy się w Teleśnicy Sannej przy Barze i Bolka. Tam Bross czeka na mnie na swojej łódce „bundesmarine”, w zatoczce. Piękny dzień grudniowy, zero śniegu, słońce, niebo jak z bajki. Po przywitaniu serdecznym, jakbyśmy już lata się znali słyszę – na łódce nie palimy i nie używamy smartfonów. Ok. Ani jedno ani drugie mnie za bardzo nie dotyczy.

Bross i Burza nad Sanną / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Bross i Burza nad Sanną / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Płynąc swoją bundesmariną, Bros pokazuje mi małe zatoczki, ciche całkowicie o tej porze roku. Zna tutaj wszystko na pamięć, nawet nocą mógłby opowiedzieć gdzie, co jest, zna każde drzewo przy brzegu. Martwi się i zżyma na śmietniki nad taflą wody. Stosy śmieci wyrzucone przez wodę lub z jachtów. Chciałby to porządkować, proponował nawet Elektrowni swoje usługi, ale chyba nie spotkał się z zainteresowaniem. „Może śmieci mają być wkomponowane w urok krajobrazu bieszczadzkiego jeziora?” – zastanawia się głośno Bross. Drażni go to, bo z roku na rok jest coraz gorzej, a przecież tyle ludzi tutaj żyje z dostępu do wody, cała sieć agroturystyczna chce pokazać piękno krajobrazu, a tu co?

Już po wymienionych kilku zdaniach, żałuję, że tak późno zdecydowałam się jechać z Brossem na Sannę. To człowiek, który sam w sobie jest historią osadnika, no i potrafi opowiadać. Co zresztą udowodnił w swojej książce.

Krzysztof Bross na swojej łodzi / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Krzysztof Bross na swojej łodzi / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Dopływamy do brzegu półwyspu, Bross o kulach (w 2000 i 2001 roku po operacji i założeniu endoprotez na obu biodrach) podprowadza nas pod swój czekający „dyliżans”, czyli stary Ursus, pierwszy i jego ostatni, który towarzyszy mu tutaj od lat. Siadamy na wozie z desek, a Bross, popychając nasz „dyliżans” swoim czterokołowym nieśmiertelnym Ursuesm, dostarcza nas na górę łąki, gdzie widok zapiera dech. Kto tego nie zobaczył, nie „dotknął” wszelakim zmysłem człowieczym, nigdy nie pojmie uroku tego miejsca. Brossowi się nie dziwię – można zwariować, jeśli ma się w głowie romantyzm, wrażliwość i siłę ducha. W dole jego domek, obok dwa ładnie wyglądające – te dla turystów. Wybudował je sam, z odszkodowania wypłaconego za szkody, które mu poczyniły dziki.

Krzysztof Bross na swoim Ursusie / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Krzysztof Bross na swoim Ursusie / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Bross i nieśmiertelny Ursus / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Bross i nieśmiertelny Ursus / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Literatura całkiem pozbawiona fantazji

Każda książka, to ciut fantazji autora. Burza nad Sanną to pewnego rodzaju pamiętnik spisany po czasie, ale z całą brutalnością świata, z jakim borykał się dorosły mężczyzna, który chciał być romantyczny, a zderzył się z rzeczywistością, jaką są Bieszczady, urzędnicy z maleńkich społeczności, z układami i korupcją. Pojawili się z Anią tutaj w Bieszczadach w grudniu 1981 roku, kilka dni po wybuchu stanu wojennego. Pełni wiary, zapatrzeni w siebie i w piękno Bieszczadów. A to właśnie ich ukochane Bieszczady dały im prawdziwą szkołę życia.

Walczyli tyle lat, mieszkając wspólnie w szopie, przez ścianę z baranami i krowami. Bez prądu, wody, z ledwie trzymającymi się ścianami. Ania mieszkała z Brossem 9 lat. Na odludziu, pustkowiu, mierząc się z chęcią bycia rolnikami, hodowcami. A Bieszczady to nie rolnictwo, tutaj ziemia jest beznadziejna, klimat do niczego, dziki niszczą, owce chorują, wilki też nie próżnują. Ania nie dała rady, odchodziła, wracała, w końcu odeszła na stałe. Później pojawiła się Ewa, która urodziła Brossowi Krzysia i Ulę. Ale i ta nie sprostała rzeczywistości – pojawiała się i znikała, w końcu odeszła, zostawiając Brossa z dwójką małych dzieci. Wychowywał je sam, zmagając się ze wszystkim, co wkoło. Dzieci do szkoły trzeba było dowozić, ale to już cała odrębna historia. To chyba „najtwardsze dzieci” z Bieszczad. Prawdopodobnie z najpiękniejszym dzieciństwem. Czas zatrzymany…

Dzieci Krzysztofa Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Dzieci Krzysztofa Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Bross pisał swoje wspomnienia przez lata, przy lampie naftowej w chacie nad Zalewem Solińskim. Chata ta to coś, co budował Bross kilka lat. Stoi 200 metrów od Zalewu Solińskiego i właściwie przypomina wyglądem domek letniskowy. Ale życie w niej ciepłe niczym stary piec, który ogrzewa domowników. Dom Brossa to zakątek pełen wynalazków dostosowanych do potrzeb gospodarza, by przeżyć. W końcu Bross to inżynier z Huty Katowice, więc wiedza nie poszła w las. Najbardziej zaintrygował mnie rower treningowy, przerobiony na ładowarkę do akumulatorów. Popedałujesz i akumulator naładujesz. Gospodaruje się z synem Krzysztofem, czasem przyjeżdża znajoma, która pomaga im ogarnąć kobiecą ręką to ich męskie gospodarowanie.

Dom zbudowany przez Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Dom zbudowany przez Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Ściana pamiątkowa w domu / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Ściana pamiątkowa w domu / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Burza nas Sanną

Książka to opowieść o człowieczych namiętnościach, o nadziei i zwykłych zwątpieniach, o poszukiwaniu własnego miejsca, o miłości – do kobiety i do Bieszczadów. Znajdziemy tutaj opowieść o Ani, z którą zmierzył się z wrogimi dla człowieka Bieszczadami, o romantyzmie, który zamienił się pragmatyzm, by przeżyć. O narodzinach dzieci, które jedno z nich odbierał sam, w swojej chacie, gdyż śmigłowiec dopiero doleciał rano. O trudzie gospodarowania, pokonywania ludzkich słabości.

Na wstępie czytamy: „Burza nad Sanną to książka-reportaż o autentycznej egzotyce, nie z bieguna czy z równika, ale z Polski. Egzotyce, którą można dotknąć, porozmawiać z bohaterami, rozwinąć wątki zdarzeń, podyskutować o rozwiązaniach ukazanych problemów – inaczej postrzeganych z ciszy odludzia niż w zgiełku cywilizacji”.

Pierwsze i drugie wydanie książki / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Pierwsze i drugie wydanie książki / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Pierwsze wydanie (zaledwie kilkadziesiąt egzemplarzy) ukazało się przed blisko dziesięciu laty. Obecne (zaledwie kilkaset egzemplarzy) to wspaniała lektura dla tych zakochanych w Bieszczadach, dla turystów, którzy romantycznie wzdychają widząc zielone wzgórza nad Soliną. Bross ma książki w swojej szafie w domu. Mówi, że wyśle każdemu, na ile mu starczy egzemplarzy. Pozycja ta jest obrazem człowieka zmagającego się z bezwzględną naturą, prozą życia w nieludzkich wprost warunkach. O twardości człowieka już dojrzałego i jego decyzji, odejścia z wygodnego życia w Katowicach, którego ojciec – znany kardiochirurg – tak właściwie do końca nie pogodził się z losem, jaki wybrał jego syn. A on mówi tak: „Po prostu miałem dość cywilizacji. Przeżyłem dwie wielkie budowy, wolę mieć na rękach odciski, niż na żołądku wrzody”. Walczył o prawo mieszkania tutaj lat wiele.

Brossa to człowiek, który udowodnił, że nie tylko tutaj trzeba zmagać się z klimatem, ale gorsze od klimatu jest zmaganie się z człowiekiem. Tak opowiada:

Jak Gazeta Krakowska wysadziła H. Wojtala ze stołków w Pezetpeerce, wojewoda Pan Kruk po dwukrotnej wymianie listów z moim ojcem (ja redagowałem, mama przepisywała na maszynie, ojciec (członek zwyczajny PAN) podpisywał… itd.) zaprosił mnie na rozmowę i powiedział, że spowoduje, żeby moje gospodarstwo znalazło się w planie zagospodarowania przestrzennego. I tak – po perypetiach, czasami śmiesznych – stało się jeszcze za starej władzy.

Nowa, bardzo niechętnie, ale musiała mi sprzedać działkę siedliskową 0,25 ha. Tyle mam tu własnego gruntu. Równocześnie (różnica miesiąca) nowa władza „skomunalizowała” pozostałe 36 ha ziemi, o którą walczyłem. Kilka lat później ten grunt mnie wydzierżawiono, potem dzierżawę zmniejszono wyłączając z niej około 20 ha zakrzaczeń. Między „linią wody, czyli warstwicą 241,5 m n. p. m. – wyżej wody spiętrzyć się nie da” a granicą geodezyjną gruntu rolnego, przy moim gospodarstwie jest około 7 ha użytków zielonych, które są zakwalifikowane, jako „grunt pod wodą płynącą”. Ta anomalia geodezyjna wynika (zdaniem „starego” geodety) z faktu, że grunt pod zbiornik wywłaszczano całymi działkami nie wysilając się w ówczesnych dzikich Bieszczadach na podział działek wzdłuż warstwicy maksymalnego stanu wody. Czyli dalej pod górkę i pod wiatr…

Ukochana Sanna Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Ukochana Sanna Brossa / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Życie Brossa to była nieustanna ciężka praca, taka by przetrwać

Tymi rękoma budował życie swoje w Bieszczadach / fot. Lidia Tul-Chmielewska

Tymi rękoma budował życie swoje w Bieszczadach / fot. Lidia Tul-Chmielewska

To twardy człowiek, jeszcze trochę romantyczny, odważny, uparty i bardzo życzliwy ludziom. Ma uznanie w okolicy, podziwiany jest za upór. Zyskał serdeczność i przyjaźń sąsiadów. Z rolnictwa i hodowli pozostały wspomnienia. Prowadzi gospodarstwo agroturystyczne. Tutaj wypoczywać może ktoś, komu nie przeszkadza całkowite odosobnienie, prostota i smak prawdziwego osadnictwa. Ciszy i piękna nieskażonej przyrody. Zapewne zwolennicy SPA i cudów pseudocywilizacji tutaj nie zawitają, ale rogate dusze z fantazją, odważni poszukiwacze przygody, którym bliska jest chęć posiedzenia wspólnie przy ognisku z gitarą odnajdą się u Brossa jak już nigdzie w Bieszczadach. Bross to żywa legenda tych gór, która – na dodatek – wspaniale opowiada, bez samo chwalenia i wpadania w euforię. Legenda znad Zalewu, gdzie rzucając pytanie – Półwysep Brossa – każdy wie, gdzie to jest.

Na zadane pytanie, o szczęście, odpowiada tak, że wielu mogłoby pozazdrościć:

Ja na Sannej jestem szczęśliwy. Tylko tyle i aż tyle!

Porozmawiajmy o Bieszczadach!
Dołącz do grupy Bieszczady.Land na Facebooku



Bądź na bieżąco!
Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.