„Czekam na swoją jodłę” – rozmowa z Adamem „Łysym” Glinczewskim

Adam Łysy Ginczewski, rzeźbiarz i bard z Czarnej / fot. Przemysław Chmielewski

Adam Łysy Ginczewski, rzeźbiarz i bard z Czarnej / fot. Przemysław Chmielewski

Adam Glinczewski – „Łysy” – to żywy przykład znanego powiedzenia, którym się często posługujemy, czasem bezwiednie: „Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady…”

Kto nie zna Łysego, znaczy że nie był w Bieszczadach…

Tak można w wielkim skrócie powiedzieć. Łysy jest tak charakterystyczną postacią i tak tożsamą z Bieszczadami jak Lutek z Połoniną Wetlińską.

Kim jest Łysy (informacje dla niewiedzących) i skąd się tutaj wziął (informacje dla wiedzących, ale dla uzupełnienia wiedzy)? Zapraszam na obszerną rozmowę z Adamem Łysym Glinczewskim.

Czytaj więcej: Przedstawiamy Łysego – niezwykłego bieszczadzkiego twórcę
Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Wszyscy powszechnie wiemy, że przyjechałeś z Wrocławia. Krąży wiele informacji, po co, za czym i dlaczego. A jak było faktycznie. Skąd się Łysy wziął Bieszczadach?

Przyjechałem,jako turysta i to nie jest żadna tajemnica, wylądowałem na Podzamczu, tam był kemping, chyba jest jeszcze do tej pory. Planowałem tak pobyć 3 dni, wraz ze swoją przyjaciółką, z którą wtedy byłem. Na trzeci dzień, kiedy się nacieszyłem wszystkimi widokami Bieszczad, kiedy wróciłem z kąpieli wieczornej, zakomunikowałem wpierw sobie, tak wewnętrznie, a potem mojej przyjaciółce Aldonce, że ja zostaję w Bieszczadach. Spotkało się to z pobłażliwym uśmiechem dziewczyny, potraktowane moje słowa zostały, jako żart. Ale kiedy po raz drugi powtórzyłem to, że zostaję, przyjaciółka wzięła głęboki oddech, który ja już wewnętrznie miałem za sobą. I to było wszystko. Wiedziała, że podjąłem nieodwracalną decyzję. W ogóle moje progowe decyzje w życiu podejmowałem szybko, w sposób zdecydowany i co najważniejsze, były to decyzje trafne, nawet jeśli na początku się wydawało, że są „takie sobie”.

Adam Łysy Glinczewski /fot.prywatne archiwum

Adam Łysy Glinczewski /fot.prywatne archiwum

Który to był rok?

To był 1982.

Od tego czasu nie wróciłeś do Wrocławia?

Wracałem czasem odwiedzić rodzinę, oczywiście zakończyć swoje jakieś tam formalne sprawy, odwiedzić przyjaciół. Ale od czasu, jak zameldowałem się w Czarnej, jestem tutaj do dziś.

Adam Łysy Glinczewski

Adam Łysy Glinczewski

Jaka była bieszczadzka droga Łysego od biwaku na Podzamczu?

Najpierw musiałem zwiedzić Bieszczady. Cały sierpień łaziłem pieszo po Bieszczadach. To był czas, kiedy miałem urlop. Urlop się skończył, wróciłem do Wrocławia, by rozwiązać umowę o pracę, załatwić sprawy administracyjne, sprzedałem troszkę przedmiotów, które uważałem za zbędne w Bieszczadach, gdyż odrobina gotówki na początek była niezbędna. To wszystko trwało może z miesiąc. No i w październiku pojawiłem się w Bieszczadach, gdzie powitała mnie Polska Złota Jesień.

Adam Łysy Glinczewski

Adam Łysy Glinczewski

Gdy wysiadłem z autobusu, leżałem chwilkę pod Kościołem w Czarnej na trawie, rozmyślając, co dalej. Potem pełen dzień poszukiwań pracy, znalazłem w Czarnej pokój do wynajęcia, pod warunkiem pomocy w gospodarstwie. Wtedy nauczyłem się wielu rzeczy, o których w ogóle nigdy nie miałem pojęcia. Nie ukrywam, że gdy tak z bliska przyjrzałem się pracy na roli, to przestałem tę pracę lubić. Dlaczego? Prosty powód. Jestem rzemieślnikiem, gdy przy pracy popełnię błąd – to trudno. Popełniłem błąd- popsułem coś i już.

Natomiast praca na roli jest inna – można dołożyć wszelkich starań, żyły wypruć, poświęcić ileś miesięcy pracy, czy przy pracy na polu, czy przy pracy hodowlanej – no i niejednokrotnie okazywało się, że to wszystko jest na nic. Nie mamy wpływu na pogodę, na kataklizmy, na choroby i zarazy. Przyjdzie nadmierny deszcz, susza, mróz, epidemia i cały trud gospodarza na nic. Nie dla mnie taka praca. Coś tam umiałem robić, więc założyłem warsztat napraw skórzanych, czyli buty, naprawy rymarskie. Wynająłem pomieszczenie, gdzie jest były Dom Handlowy w centrum w Czarnej, i prowadziłem tam działalność – tak około półtora roku. Dało się z tego żyć, nie dało się odłożyć, ale dało się przeżyć. Byłem wtedy sam, więc skromnie mi wystarczało.

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Wrócę do tego Twojego trzydniowego pobytu w Bieszczadach, kiedy zapadła decyzja życiowa. Co Cię tak dotknęło, że podjąłeś taką decyzję?

Tego typu tereny od dzieciństwa mnie pociągały, tkwiły we mnie chyba od zawsze. Opowiadam o tym, ale jak obejrzałem te przedwojenną wersję filmu Znachor, gdzie zobaczyłem tam kresy wschodnie, co prawda bardziej Wołyń, ale ta dzikość i bezkres, to wszystko zostało we mnie i się ciągle tliło. Zresztą należę do pokolenia wychowanego na Sienkiewiczu, na jego „dzikich polach”, to wszystko mi grało ciągle w sercu, więc nie dziw się, że kiedy zobaczyłem, kiedy dotknąłem wtedy po raz pierwszy tego wszystkiego, to była lawina emocji no i postanowień. Po jakimś czasie okazało się, że nie tylko ja wtedy tak na Bieszczady zareagowałem. I właściwie ci wszyscy, którzy do dzisiaj tutaj funkcjonują, po wielu latach i dobrych, ale też i gorszych, nie zawsze różowych, właśnie przeżyli coś takiego, coś podobnego. Każdy przeżywał to zapewne inaczej, z inną intensywnością, bo to zależy od charakteru, ale było to takie głębokie, wręcz nawet dziecinne takie „OCH”!!!.

Adam Łysy Glinczewski

Adam Łysy Glinczewski

Ile wtedy miałeś lat?

Byłem już dojrzałym mężczyzną, miałem 26 lat.

No to „OCH” nie takie dziecinne…

Tak, ale zadziałała ta piosenka: ”by od czasu do czasu być dzieckiem”. Nieraz jest w człowieku tego dziecka za dużo, ale to już zupełnie inna historia… i to już na inny temat. Wtedy w człowieku akurat tego dziecka było w sam raz, decyzja została podjęta. Z Wrocławia nic mnie nie wyganiało, nie musiałem przed niczym uciekać, miałem dobrą pracę, przyjaciół, miejsca gdzie mogłem realizować swoje zainteresowania, ale jednak to, co zobaczyłem tutaj, przeważyło nad dotychczasowym moim życiem. I zresztą tak zostało.

Adam Łysy Glinczewski z psem Blues /fot. prywatne zbiory Łysego

Adam Łysy Glinczewski z psem Blues /fot. prywatne zbiory Łysego

Jesteś w Czarnej, jak Twoje dalsze losy tutaj się układały?

Na początku wykonywałem swoje sprawy zawodowe – czyli szewc. Nie było lekko. Raz w miesiącu trzeba mi było z potężnymi torbami jechać do Wrocławia, by zakupić surowców i materiału, bo taki był czas, że wtedy „załatwiało się” wszystko po znajomości, a że znałem tam środowisko, było łatwiej. Poznałem tutaj ludzi – twardych ludzi – i zorientowałem się, że praca w lesie też mnie pociąga, że fascynuje. Postanowiłem zmierzyć się z tą ciężką fizyczną pracą. Zrezygnowałem z warsztatu, nająłem się w lesie, jako pracownik leśny. Do najprostszych prac – np. sadzenie lasu, nawet stąd gdzie siedzimy, widać las, który był sadzony moimi rękoma 35 lat temu. Robiłem mosty, przepusty, ogrodzenia. A kiedy zaczęło mi się to coraz bardziej podobać, stwierdziłem, że trzeba wziąć się za „prawdziwe” Bieszczady. Bo tak naprawdę Bieszczady zaczynają się za linią Sanu – geograficznie i klimatycznie też. To jest duża różnica – mimo zaledwie kilkunastu kilometrów.

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Dowiedziałem się, że jest praca dla rymarza w parku konnym w Pszczelinach w Nadleśnictwie Stuposiany. Pojechałem, złożyłem ofertę i natychmiast zostałem przyjęty do pracy.  To była jednak praca zbyt statyczna.  Poznałem wozaków, drwali, wszystkich ludzi z lasu. Te ich twarde, czasem grzeszne życie. I tak pracując z rok w tej rymarni, wrastałem w życie lasu i ludzi. Wtedy zacząłem męczyć Nadleśniczego, by mnie skierował na kurs drwali, bo wtedy drwal to był ktoś. W tamtym czasie drwal to była niezależność, pomimo że był plan, był etat. Nawet jak się zawaliło dwa dni w pracy, to nie było nagany, bo i tak normę i pracę trzeba było wykonać. Była praca na akord, więc od efektów pracy był efektywny zarobek. Klarowna i czysta sprawa. Chciałeś pracować – zarobiłeś, nie chciałeś – było mniej, ale nikt do nikogo nie miał pretensji.  Pracując w Nadleśnictwie w Stuposianach również wykonywałem zadania ciesielskie, wykonując drobne prace – mostki, schrony, ogrodzenia.  Ale zawsze u mnie tkwiła chęć podjęcia pracy samodzielnej. Pomimo że jako drwal, trzeba pracować w parze, drwal i pomocnik. Nadleśniczy nie bardzo chciał mnie skierować na kurs, bo by zostać drwalem, trzeba było przez dwa lata pracować jako pomocnik, a mnie wydawało się to niepotrzebne. Dopiero jednak, jak zacząłem pracować piłą, uznałem jednak to za zasadne. Pracując piłą, dopiero wtedy miał człowiek pojęcie, jaka to praca i że trzeba się wiele nauczyć, by móc nazywać się drwalem.

Adam Łysy Glinczewski /fot. archiwum

Adam Łysy Glinczewski /fot. archiwum

Czy będąc drwalem poczułeś, że jesteś prawdziwie bieszczadzkim już mężczyzną?

Tam była trudna, ale zdrowa atmosfera. Tak – męska bardzo, dla prawdziwych mężczyzn. Tu ludzie żyli wyłącznie z tego, co robili. Jesteś w ekipie, jest praca, trzeba ją wykonać. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale wspólnie. Słynne moje pierwsze przyjście do roboty – to wycinka drzew, które wrosły pod linię energetyczną, doprowadzającą prąd do schroniska Przysłup na Caryńskim – prowadził je wówczas Tomek Nawrot. A na zimę zostałem wraz z cała ekipą przerzucony na Sianki, czyli nasz biegun zimna. Chciałem Bieszczady – to otrzymałem je takimi, jakie były. Dojeżdżałem z Czarnej, autobusem, okazją do Stuposian. Stamtąd dowoził nas Osinobus to Sianek, praca kilka godzin i powrót w odwrotnej kolejności. Jeszcze wtedy miałem kawałek etatu, jako rymarz, pod tym warunkiem mogłem być drwalem. Wozacy potrzebowali jednak kogoś, kto naprawiał sprzęty. Dlatego czasem ze mnie żartowano, że mało wydajny drwal jestem, a nie wszyscy wiedzieli, że do 12 godziny musiałem jeszcze siedzieć w warsztacie rymarskim. Jakoś wtedy się żyło. Czasem dorabiało się na fuchach. Drwali było dużo, takich na pewno bardziej doświadczonych. Ale ja miałem jedną zaletę. Byłem punktualny i słowny. To był mój poważny atut.

Adam Łysy Glinczewski /fot. archiwum

Adam Łysy Glinczewski /fot. archiwum

Ile lat byłeś drwalem?

Dwa lata w Nadleśnictwie Stuposiany, dwa lata w Nadleśnictwie Lutowiska i cztery lata tak na własne konto. Gdy urodziła się córka Marta, trzeba było swoje życie trochę zmodyfikować. Pożyczyłem od kumpla trochę dolarów, bo tylko w dolarach wtedy się pożyczało i oddawało, kupiłem własną piłę motorową i mogłem zacząć pracować na własny rachunek. Polska zaczynała się wówczas zmieniać, pracy nie brakowało. Jeździłem na motorze, który miał dwa boczne bagażniki: jeden na kanister z benzyną drugi na olej, a na tylnym bagażniku jeździła ze mną piła. Nawet jak były bardzo ostre mrozy i śniegi. Czasem trzeba było bardzo mocno przecierać się przez zaspy. Ale to inne czasy, człowiek młody, inaczej odważny.

Adam Łysy Glinczewski/fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski/fot. Lidia Tul-Chmielewska

Nigdy nie zwątpiłeś w swoje decyzje? Wszak nie był to łatwy czas i lekki zarobek.

Nie. Nawet jak się złościłem, była to zdrowa męska złość. Jestem cholerykiem, ale pracującym nad sobą. Może powiem to, co nie powinienem, ale wyniosłem coś z zawodu szewca. Niewielka dawka alkoholu – dobrego alkoholu – w chwili złości, mnie uspokaja. Kieloneczek mały działa rozluźniająco. Ważny jest moment, że mam umiejętność zakręcenia nakrętki i odstawienia butelki na swoje miejsce. Więc jedni biorą tabletki, ja działam inaczej. Grunt, że skutecznie i bez nałogu. Nie każdemu polecam tę terapię, gdyż umiejętność dawkowania leku jest bardzo ważna.

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Wracając do czasów przed Bieszczadami. Jesteś szewcem z zawodu. Ale z tego, co wiem, to był całkowity przypadek.

Tak. Po trzech latach nauki porzuciłem technikum elektromechaniczne. To wówczas była jedna z lepszych szkół we Wrocławiu. Nie odpowiadał mi kierunek i w ogóle ta szkoła. Poszedłem, bo inni tam szli, tak jak to w czasach młodych bywało. Nosiło mnie jednak, wiedziałem, że to nie dla mnie, nie ten kierunek nauki. Zrezygnowałem ze szkoły, a trzeba z czegoś żyć, więc czytałem ogłoszenia. Znalazłem takie, że ktoś poszukuje ucznia do zawodu, warunkiem była pełnoletniość. Idealnie pasuję – pomyślałem sobie. Nie padło, jaki to zawód. Pan po mnie przyjechał i jak dojechaliśmy na miejsce, dopiero zobaczyłem gdzie jestem. I pomyślałem: cholera, chyba będę szewcem. Nie byłem przekonany, ale przy wszystkich wadach, jakie posiadam, mam pewna zaletę: jestem samodzielny i mam wiarę w swoje możliwości. Pomyślałem na spokojnie. W domu rodzinnym się nie przelewało, z czegoś żyć trzeba. Więc zostałem uczniem szewca. Po trzech miesiącach już zacząłem normalnie zarabiać w zakładzie. Więc mnie to motywowało. Praca nie była lekka, ale ciekawa. Przepracowałem trzy lata, do egzaminów. W 1976 roku poszedłem do wojska. Potem po odbyciu służby wojskowej, wróciłem do zawodu, pracując kilka lat. No a potem, jak już wiesz, przyjechałem w Bieszczady i możemy sobie teraz porozmawiać.

Adam Łysy Glinczewski/fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski/fot. Lidia Tul-Chmielewska

Szewc przypadkiem. Czy pomysł na rzeźby to też przypadek?

To jedna z ciekawostek, która właśnie ludziom w Bieszczadach się przytrafia, z tą różnicą, że ja mam szansę więcej o tym powiedzieć. Życie zmieniło się dla mnie tutaj o 180 stopni. Na samym początku mojego pobytu w Bieszczadach poznałem Zdzicha Radosa. Słynnego już wówczas w Bieszczadach rzeźbiarza – zwanego też Jagodowym Królem. On przez jakiś czas mieszkał w Czarnej Dolnej, później na Lipiu. Widziałem jak rzeźbił i prawdą jest także to, że za ostrzenie mu dłut i noży (wtedy miałem swój zakład szewsko-rymarski w Czarnej), Rados nie mając mi, czym zapłacić, podarował mi lipowy klocek i powiedział, bym sobie z niego coś wyrzeźbił. Więc w wolnej chwili wyrzeźbiłem. Kapliczkę z Jezuskiem Frasobliwym, którego postawiłem na oknie. No a ja do wyrzeźbienia używałem głównie noża szewskiego, bo przecież dłuta nie miałem. Do dziś mi się to zdarza, że używam wyłącznie noża do rzeźby. I na koniec wychodzi na przykład taki „Figenes”. Każda moja rzeźba jest podpisana, to taka moja wizytówka, świadcząca, że jak ma ktoś moja rzeźbę, to znaczy, że był u mnie w Bieszczadzkiej pracowni, bo ja nigdzie nie wystawiam swoich prac. Mając jeszcze w miarę dobrą kondycję, to i piłą rzeźbię i przy pracach ciesielskich popracuję, więc nie jest źle. Jedno jest pewne, nigdy niczego nie oczekiwałem i nie dostałem od tzw. „państwa”. Zawdzięczam wszystko własnej pracy i wytrwałości. Bardzo mi to odpowiada, a na pytanie innych, „co będziesz robił na starość”, odpowiadam: „na starość się umiera i tyle”.

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Wydłubałeś pierwszą rzeźbę i co dalej?

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Pierwsza rzeźba pojechała do Kanady. Nie chciałem jej sprzedać, ale towar wymienny w stanie wojennym był wyjątkowy – trzy flaszki, za które można było wiele wtedy załatwić. Uznałem wówczas, że to był mój „interes życia”, ale na tyle mnie to wciągnęło, że poszedłem na drugi dzień do lasu, po kawałek pniaka. Wtedy się nie znałem na drewnie. Ale zobaczyłem świetną gałąź (potem okazało się, że to wierzba), była już dobrze podsuszona. Wyciąłem z niej dwa klocki i z jednego wyszła Kapliczka (tez pojechała za granicę), a z drugiego zrobiłem Jezuska Frasobliwego, którego mam do dziś. Przez te kilkadziesiąt lat troszkę „zaraziłem” swoja pasją kilku ludzi. Tak to się zaczęło, od klocka podarowanego od Radosa. Potem poznałem jeszcze innych rzeźbiarzy, na przykład Michała Hebdę, Jędrka Połoninę. Z całym szacunkiem dla Jędrka, mnie, jako kumple, odpowiadali bardziej twardzi mężczyźni. Może nie tacy elokwentni i wylewni, ale bardziej szorstcy w obyciu. Wielu ludzi, których poznałem, już nie ma, ale nadal są w pamięci i tak to jest jak w powiedzeniu, tak długo żyją jak się o nich pamięta.

Śpiewasz o drwalach, to też ku pamięci tamtych drwali, tamtej pracy?

Tak. Ja i tak śpiewam o ich pracy bardzo delikatnie. Tamte czasy są całkiem inne niż te obecne. Kiedyś praca drwala, była inna z racji sprzętu i możliwości posługiwania się nim. Sama zwózka, załadunek drewna, wymagała więcej wyobraźni i umiejętności, bo i sprzęt był, jaki był. Teraz więcej mechanizacji i udogodnień, które też wymagają umiejętności, ale całkiem innych.

Teraz siedząc tak przede mną, przed twoją pracownią, powiedz, czy chciałbyś coś zmienić w swoim życiu, jakbyś mógł się cofnąć w czasie?

Pewne rzeczy tak. Jedno jest pewne, że pozostałbym w Bieszczadach. Wiem, że pewne decyzje były mylne, ale sama wiesz, że uczymy się na błędach, a nie nauczymy się jak ich nie popełnimy. Kiedy wspominam miniony okres, to mnie najbardziej irytuj, że najczęściej dostawałem w tyłek kiedy słuchałem innych. Uważam, że nie pozjadałem wszystkich rozumów i wiem wszystko najlepiej i przychodziły takie momenty, że może trzeba się jednak zapytać i posłuchać. I po jakimś czasie jednak okazywało się, że mogłem pozostać przy swoim. Mówię o sprawach ważnych.

Czyli słuchać należało intuicji?

Po latach, teraz mówię, że to nie tylko intuicja, ale jakaś wiedza, którą z czasem zdobywałem, powoli, ale była to właśnie nie intuicja, ale już bardziej wiedza. I możliwość analizowania. Jednym z przykładów jest biznes, jaki tutaj prowadziłem z kumplem. Kolega mnie przekonał, że można otworzyć biznes oparty wyłącznie na kredytach. Jedynym punktem, który stanowił u mnie opór, było to, że nawet nie mając pieniędzy, ale wchodząc w biznes trzeba mieć układy. I przegraliśmy ten biznes właśnie przez brak układów.

A co to był za biznes?

Prowadziliśmy z kolega dziewięć wiejskich sklepów na terenie Bieszczadów.

Naprawdę? Aż wierzyć mi się nie chce…

Naprawdę. Wiesz, wiejski sklep ze wszystkim. W Lutowiskach był sklep typowo gospodarczy. Inne to – wiesz – takie „mydło powidło”. Mieliśmy 20 pracowników. My byliśmy z kolegą kierowcami, konwojentami, szefami, zaopatrzeniowcami.

Jakie to były lata? Nie znałam w ogóle tej historii!

Dlatego rozmawiamy o tym właśnie. To był rok 1990. I właśnie przez brak układów, nie otrzymaliśmy jakiś pieniędzy, które już wkalkulowaliśmy w nasz biznes, utraciliśmy płynność finansową no i tyle. Ja długo spłacałem kredyty, które zaciągałem, nawet przez trzy miesiące musiałem pracować za granicą, by zarobić więcej. Zamknąłem etap długów i wyszedłem na prostą, mądrzejszy o kolejne doświadczenie. Miałem propozycję wtedy nawet zostać w pracy za granicą, jednak decyzje podjęte wcześniej, były decyzjami dla mnie tak oczywistymi, że nie miałem cienia wątpliwości gdzie chcę być. Długi zostały spłacone, a ja od tego czasu z Bieszczadów NIE WYJEŻDŻAM. To był rok 1998.

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Bieszczady to Twój cały świat?

Tak. Przecież nawet o tym śpiewam. Mamy tutaj swój Everest, mamy Bieszczadzkie Morze i gęsty las, dziki bieszczadzki szlak. To jest wszystko w zasięgu ręki i oczu.

Czujesz się bardzo tożsamy już z Bieszczadami?

Zdecydowanie tak. To kawał mojego życia. Tutaj są wszystkie moje emocje, z różnych kierunków. Bardzo skrajne czasem. Ale mocne i prawdziwe. Bywam z czegoś czasem niezadowolony, ale jak sobie zbilansuję wszystko za i przeciw – to wszystko i tak jest na plus. Jestem zadowolony ze swego wyboru, a bardzo często czuję się szczęśliwy.

Patrząc z perspektywy lat tutaj przeżytych, czy Bieszczady się bardzo zmieniły?
Ogromnie. Tamtych Bieszczadów już nie ma. Są jeszcze takie białe plamy, o których śpiewam w jednej ze swoich piosenek, że jak bardzo się chce, to jeszcze znajdzie się kilka takich miejsc, gdzie znajdziemy kawałek prawdziwych Bieszczad. Ja wiem gdzie one są, wiem jak tam dotrzeć, wiem kiedy najlepiej się tam czuję. Tam jest inny świat.

Mówimy tutaj o przyrodzie, o bieszczadzkim świecie dookoła nas. A ludzie?

Ludzie też się zmienili. Wielu z ludzi, którzy wprowadzali mnie w świat Bieszczadów, już nie żyją. Większość, zdecydowana większość ludzi z Bieszczadów to przyjezdni. Jedni z własnego wyboru, dawniejsi z przymusu – przesiedleńcy, osadnicy. Wrośli w te ziemie, założyli rodziny. Ale gdy nie była to świadoma decyzja i ich wybór, często nie pogodzili się ze swoimi losami i wyjechali. Obecni przyjeżdżający już są na innych zasadach. Z reguły z gotówką albo z zawodem, który gwarantuje zapewnienie bytu. Czas mężczyzn, którzy „rzucili wszystko i przyjechali w Bieszczady” odchodzi do lamusa, ubarwianych opowieści. Niektórzy próbują, ale czy to się udaje tak do końca? Czas weryfikuje. Teraz inne realia. Teraz za wszystko się płaci, nie ma już załatwiania czegoś za coś.

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

A jak to się stało, że zajmujesz się oprawą noży?

Od lat interesowałem się historią. Jednym z podstawowych narzędzi człowieka od zarania dziejów był nóż i siekiera. Interesowały mnie te narzędzia i tak się złożyło, że będąc w wojsku wszedłem na warsztaty remontowe. I tam z jakiegoś kawałka metalu zrobiłem nóż. Pierwszy i uważam, że najlepszy. Potem ze skóry zrobiłem pochwę. Na tyle mnie to zainteresowało, że pasja została. Nóż jest narzędziem użytkowym, musi służyć, wymaga wyobraźni i wiedzy, więc stało się to pasją, która mnie uczyła w miarę wykonywania poszczególnych egzemplarzy. Każda sztuka wymaga czasu. Pośpiech przy wykonywaniu przedmiotu, takiego z pasji jest kompletnie niewskazany. Bieszczady takim miejscem właśnie były, doskonałym do spokojnego i rozłożonego w tempie wykonywania określonych czynności. Może właśnie, dlatego tutaj jest tylu uzdolnionych ludzi. Bieszczady, pomimo tej całej obecnie już zmiany, nadal dają szansę dla ludzi z pasją i wrażliwych. Traci się czas na telefony, jakieś tam dojazdy, ale jednak jeszcze jest tutaj wolniej niż gdzie indziej…

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

To teraz na podsumowanie naszej rozmowy, powiedz mi, jakie marzenia ma Łysy?

(śmiech) Jeżeli powiem o najważniejszym marzeniu, mówię to całkowicie otwarcie, „by nie spierniczeć na starość”. To jest moje marzenie, a o innych mówić nie będę, bo są ze sfery, o której się nie opowiada.

Boisz się niesprawności?

Tak. Znamy oboje – ty też – ludzi sprawnych, pełnych sił, zdolnych, pełnych planów i kiedy nadchodzi moment i mimo, że żyją, jest już po nich. Dlatego moim marzeniem jest by do samego końca być intelektualnie i fizycznie sprawnym.

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Adam Łysy Glinczewski /fot. Lidia Tul-Chmielewska

Masz marzenie, a przecież tak do końca nie masz na nie wpływu…

Może nie do końca. Będę jednak troszkę się przy tym upierał. Jesteś tym, co jesz. Może trochę jesteśmy przypadkiem, ale w pewien sposób mamy trochę na coś wpływ.

A marzenie, na które masz wpływ? Tak od początku do końca, które jesteś w stanie zrealizować?

Chciałbym stworzyć taka piosenkę, którą po kilku latach wszyscy będą śpiewać. Taką kultową piosenkę. Jedyną, która zostanie zapamiętana. Ja ciągle liczę, że taka piosenka powstanie. Był kiedyś taki las, gdzie rosła na szczycie ogromna jodła na Otrycie, pod nią bukowe osiemdziesięcioletnie lasy, ogromne, ale jodła była ponad tym lasem. Tak ja czekam na tę jedyna piosenkę.

Adam Łysy Glinczewski i serce z kamienia /fot. archiwum

Adam Łysy Glinczewski i serce z kamienia /fot. archiwum

O czym ma być ta piosenka?

Chyba będzie to piosenka o uczuciach. O tych najważniejszych. O miłości. Bo to jest najważniejsze w życiu człowieka. Miłość daje energii i skrzydeł. Nie wiem, jaki to jest mechanizm, jak to działa, ale tak jest. Powiem ci coś, co może wydawać się zbyt romantyczne jak na mnie, ale miłość sprawia, że człowiek fruwa. Odwołam się do filmu „Titanic”, kiedy dziewczyna stojąc na dziobie statku, przy prędkości, jaką osiąga ta potężna maszyna, ma pod sobą migające wody oceanu, niebo nad sobą, rozkłada ramiona i woła: ja frunę!. To jest właśnie umiejętność pokazania i nazwania momentu oraz uczucia.

Kiedyś powiedziałam, że jesteś drwalem i poetą. I tak jest…

Tak. Jestem drwalem i poetą. Wszystko się zgadza.

Czekasz Łysy na tę swoją jodłę?

Tak. Czekam na tę swoja jodłę…

Porozmawiajmy o Bieszczadach!
Dołącz do grupy Bieszczady.Land na Facebooku



Bądź na bieżąco!
Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.